X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Żył, jak chciał, do utraty tchu

Żył, jak chciał, do utraty tchu

Artykuł wprowadzono: 11 września 2021

Paryski nie-co-dziennik

Dla Francuzów: Bébel. Tak nazywano Jeana-Paula Belmondo. Bébel, król słońce. Bébel, czuły chuligan. Bébel, monstrum francuskiego kina. Mawiał o sobie, że jest typem, który idzie do końca. I tam doszedł w wieku 88 lat. Une fin de vie héroïque – oznajmiły wszystkie paryskie media w czołówkach i wydaniach specjalnych.

Francja oddała narodowy hołd legendzie kina na dziedzińcu Pałacu Inwalidów, gdzie tego typu uroczystości odbywają się zazwyczaj jedynie ku czci poległych żołnierzy. Były honory wojskowe, „Marsylianka” w wykonaniu Gwardii Republikańskiej, pożegnalna mowa Emmanuela Macrona: „Belmondo stał się częścią naszych rodzin, częścią francuskiego życia, francuskiego pejzażu. Stracić ciebie, to stracić część naszego życia”. Prezydent zakończył słowami: Adieu Bébel. Vive la France! Vive la République!

Jeden z najbardziej lubianych gwiazdorów filmowych był przykładem witalności, siły, pogody ducha. BYŁ! Bo z ostatniej, śmiertelnie niebezpiecznej podróży już nie wróci, jak wracał dotychczas. W życiu i na ekranie wiele razy umierał. Dokładnie 20 lat temu przeszedł pierwszy udar mózgu, kiedy miał zagrać w sztuce Bernsteina „Pragnienie” na deskach paryskiego teatru Chaillot, ale przytrafił się aktorowi na wakacjach, na Korsyce. Sparaliżowany i niemy walczył o życie. Bywał też hospitalizowany z powodu zapalenia żył, złamania kości udowej, ostrych problemów kardiologicznych, a niedawno – kolejnego udaru. Najbardziej spektakularną śmierć zagrał we francuskim filmie Nowej Fali „Do utraty tchu” Godarda. W finałowej scenie umierał na placu Concorde postrzelony przez policję, zadenuncjowany przez piękną amerykańską „chłopczycę” Jean Seberg. Później były „Szalony Piotruś” tegoż Godarda, „Człowiek z Rio”, „Glina czy łajdak” i 80 innych tytułów, ostatni – „Człowiek i jego pies” Hustera. Grał u Leloucha, Resnais’go, Truffauta, Brooka, grał z Claudią Cardinale, Sophią Loren, Jeanem Gabinem, Alainem Delonem. Pośmiertny hołd złożyli bossowi francuskiego kina m.in. Tarantino, Banderas, Rourke.

Chociaż od głośnego „Do utraty tchu” minęło kilkadziesiąt lat, to jego wizerunek wyznaczony tym kultowym obrazem niewiele się zmienił. Pogłębiały się tylko bruzdy na twarzy, a siwizna dodała dostojeństwa, szlachetności, powagi. Miał fizjonomię poczciwego kabotyna (w młodości chciał być klaunem). Złamany nos, rozwichrzone brwi, diaboliczny, szelmowski uśmiech, który otwierał grube usta w grymasie szyderstwa i drwiny. Ten wyraz twarzy, wykrzywiony niewinnym cynizmem i niewiarą w cokolwiek, z czasem ustąpił rysom szlachetnym bohatera niczym z tragedii szekspirowskiej. Może to nie przypadek, bo Belmondo miał w planach rolę Otella, którego chciał zagrać w paryskim teatrze Marigny. Nie zagrał. Nie skarżył się. Nigdy się nie skarżył, przyznał jego charakteryzator, a gdy był chory, chował się jak zraniony kot.

Pięć lat temu ukazała się autobiografia tegoż Jamesa Bonda à la française albo, jak kto woli, francuskiego Humphreya Bogarta. Sześćdziesiąt lat wspomnień. Rodzina artystów: ojciec rzeźbiarz, matka malarka. Uprawiał boks, który przerwał, by zrobić przyjemność rodzicom. Lecz został przy sporcie. Tenis, biegi, kulturystyka, kolarstwo, pływanie, skoki spadochronowe. Nabrał imponującej sprawności, dzięki czemu mógł rezygnować z kaskaderów w filmach akcji.

Bébel nie bał się życia. Zwykł mówić, że zawsze kierował się dwiema zasadami: „Nigdy nie być zbyt ostrożnym” i „Brać życie zuchwale”. Powtarzał, że chce na pełny gaz korzystać z życia, otaczać się pięknymi, młodymi kobietami (to jego nałóg), przyjaciółmi, rodziną. Spłodził czwórkę dzieci. Pierwsze, gdy miał 21 lat, ostatnie po siedemdziesiątce (jedno zginęło tragicznie). Zebrał pokaźną i cenną „kolekcję” przyjaciół, którą gromadził przez całe życie.

Bébel nie bał się starości. Dumnie nosił starcze zmarszczki. „Dla mężczyzny, podkreślał, nie są żadnym ciężarem. Przeciwnie, są cennym śladem przebytej drogi. Nigdy nie będę robił sobie młodszej gęby ani farbował włosów po to tylko, by robić wrażenie młodszego. Starzeję się. Jak wszyscy. Taka jest kolej rzeczy i wcale mnie to nie przeraża. Ten proces jest przecież naturalny i nieuchronny. Starość nie jest moją obsesją. Nie marnuję czasu na rozmyślanie o przeszłości czy o śmierci. Nie zależy mi na tym, by obserwować moją rozpadającą się egzystencję. Zależy mi na tym, by do końca walczyć, by nie zostawić sobie czasu na słabość. Na przygodę nigdy nie jest za późno. Kto nie ma na nią ochoty, jest trupem za życia”.

Bébel nie bał się śmierci. Ze spokojem to powtarzał. Nie bał się, bo wierzył, że każdy, kto żyje, jest poniekąd nieśmiertelny na materialnym, sub­atomowym poziomie. A to wystarczy. Bał się ludzkiego świata. „Nie rozumiem tego świata. Staje się niebezpieczny, szalony. Nie widzę rozwiązania. Mam nadzieję spokojnie umrzeć w łóżku”. I tak się stało. Stary wilk już nie zawyje. Po ceremonii pogrzebowej w kościele Saint-Germain-des-Près jego spopielone ciało spoczęło na cmentarzu Montparnasse obok jego ojca Paula i córki Patrici. Niedaleko miejsca, gdzie od 42 lat leży też zakochana w nim jego filmowa zdrajczyni Jean Seberg z „Do utraty tchu”.

Fin de vie. Reszta jest milczeniem, naszym wspólnym milczeniem, ciszą każdej śmierci – jak po szekspirowsku wyznał jeszcze przed pierwszym udarem mózgu Jean-Paul Belmondo (1933 – 2021). Adieu, monsieur Bébel.

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także