X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Zgroza! Zgroza! Paryski nie-co-dziennik

Zgroza! Zgroza! Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 27 września 2019

Jądro ciemności, Ziemia jałowa, Dionizyjska wizja świata… Sześć dzieł sześciu pisarzy – Conrada, Eliota, Nietzschego, Leirisa, Ajschylosa i Bataille’a – otwiera imaginację jednej z największych figur sztuki XX wieku, Francisa Bacona (1909 – 1992). Rzecz dzieje się w paryskim Centrum Pompidou, gdzie do 20 stycznia potrwa spektakularna wystawa, której tematem są związki tego brytyjskiego monstrum malarstwa z inspirującą go literaturą.

Po 20 latach to swoiste monstrum-art wróciło do Centrum Pompidou. Sztuka Bacona, samouka, co bez żadnej szkoły czy praktyki plastycznej został jedynym malarzem, który za życia miał retrospektywy w trzech najbardziej prestiżowych muzeach świata: londyńskim Tate Gallery, nowojorskim Guggenheima i paryskim Grand Palais. – W młodości nie robiłem nic, a już na pewno nie chciałem być artystą, ale kiedy zobaczyłem dzieła Picassa, doznałem szoku, który pchnął mnie do malarstwa – przyznał ów alkoholik i homoseksualista, hazardzista i prowokator. Pierwsze swoje obrazy sprzedawał za kilka dolarów, a pod koniec życia – za kilka milionów, najdroższy za 142 mln dolarów. Malował palcami, szmatą, pędzlem. I żeby podtrzymać kreacyjną trzeźwość, wypijał sześć butelek wina dziennie. Tworzył w ekstremalnym chaosie, czego przykładem jest jego londyńska pracownia. Panował w niej wyjątkowy nieład: ściany umazane farbami, na podłodze stos książek, pędzle, dokumenty, połamane meble, szczątki porozrzucanych przedmiotów. Twierdził, że porządek dusiłby kreatywność. W jego konwulsyjnym dziele odbija się konwulsyjne życie. – Lubię pracować na kacu – mawiał – mam wtedy dużo energii i klarowne myśli. A kiedy nie malował, prowadził hedonistyczne, pełne ekscesów życie – twierdził jego przyjaciel i biograf Michael Peppiatt.

Francis Bacon, urodzony w katolickiej Irlandii w rodzinie protestantów, był zajadłym ateistą mającym dwie obsesje. Pierwsza to malowanie papieży, których namalował 45 (jeden jest w kolekcji watykańskiej). Inspirował się portretem papieża Innocentego X Velazqueza, choć oryginału nigdy nie widział (też jest w kolekcji watykańskiej), a który uważał za najlepszy w całej historii malarstwa. Fascynowała go władza papieska i jednocześnie przeciwko niej się buntował. Doszukiwano się w tym analogii do władzy ojcowskiej: ojciec wyrzucił go z domu za homoseksualizm, kiedy zauważył, że przebiera się w ubrania matki. Druga obsesja to malowanie ukrzyżowanych ciał. Jest ich kilkanaście. To rodzaj autoterapii, bo poniekąd sam siebie ukrzyżował, żyjąc w półświatku Londynu, Paryża i Berlina, gdzie doznawał cierpień, które naznaczyły jego życie i sztukę. Zanim odnalazł własny styl, tworzył w duchu surr­ealizmu i kubizmu. Później portretował swoich kochanków. Jednego z nich, Georges’a Dyera, poznał, gdy ten włamywał się do jego mieszkania. Umierali jeden za drugim. Malarz utrzymywał, że seria tych śmierci doprowadziła go do namalowania jedynego znajomego pozostałego przy życiu – siebie samego; stąd cykl słynnych autoportretów.

Bacona wizja życia była jednoznacznie pesymistyczna – krótkie interludium, któremu na próżno staramy się nadać jakiś sens. Dokonał on gwałtu na ciele, przedstawiając je jako ideę ludzkiego mięsa. Na jego obrazach ciała te lśnią blaskiem perłowej macicy, różowością obrzęku, szpetotą paroksyzmu, czerwienią krwi, hebanową czernią krzyku. Umieszcza je w zamkniętych pomieszczeniach o nagich ścianach bez okien, w klatkach, arenach, figurach geometrycznych. Towarzyszy im jedynie cień: kiedy postać siedzi, on jeszcze stoi, świadcząc o przeszłej chwili, kiedy postać znika w rozkładającej się mazi, on pojawia się w kolorze ciała, świadcząc o ulotności naszej egzystencji. W ciałach tych są silne seksualne konotacje otwartych ust. Odsłaniają zęby – fragment naszych czaszek. Tło obrazów prawie zawsze jest płaskie, puste, zimne.

Tematem obrazów Bacona jest zawsze człowiek, jego samotność, krzyk, strach, wyobcowanie. Więźniowie w pułapce włas­nych ciał, zamknięci w swych cielesnych klatkach. Studies of the human body. Nic innego go nie interesowało: żadna natura, martwa czy żywa, tylko człowiek, on go fascynował, napawał lękiem, odpychał i przyciągał jednocześnie. Modelował go, torturował, deformował, rozciągał, rozgniatał, ściskał, wyjmował kości – aż osiągał wymiar szyderczy i wstrząsający, wymiar tajemniczej zwierzęcości samotnego sapiens, jaki tkwi w każdym z nas. „Leżąca postać” na eliptycznym łóżku jak na scenie. Wysoko, między udami, pali się goła żarówka na jaskrawożółtym tle. Postać rozkłada się od głowy.

Jądro ciemności, Ziemia jałowa, Dionizyjska wizja świata… Malarz dedykował swoje obrazy autorom godzącym Erosa z Tanatosem, Apolla z Dionizosem, cywilizację z barbarzyństwem – bo i jego twórczość rozciągała się między tymi biegunami. Bo, żeby dojść do kresu ekstazy, musimy wytyczyć jej granice, a jest nią – groza (Bataille). Tak właśnie kończy się świat: nie hukiem, a skomleniem (Eliot). No i jeszcze te przedśmiertne słowa Kurtza z Conradowskiego „Jądra ciemności”: – Zgroza! Zgroza!

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także