X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Zabójca sztuki – Paryski nie-co-dziennik

Zabójca sztuki – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 22 października 2018

Wydarzeniem paryskiej jesieni jest miroświat w Grand Palais – uniwersum sztuki wibrujące na pograniczu surrealizmu i abstrakcji inspirowanych dziecięcą kreską. Ta retrospektywa „Kolorowy, poetycki Joan Miró” prezentuje 150 dzieł z całego 70-letniego okresu twórczości katalońskiego mistrza.

Okazją jest 125. rocznica jego urodzin oraz 35. – 25 grudnia – rocznica śmierci. Do tego czasu można beztrosko zaglądać do malarskiej „piaskownicy podświadomości”, jak czasami określa się tę twórczość balansującą między alchemią dzieciństwa a oniryczną dojrzałością fantastycznych poematów.

– Rybę namalowałeś? – Co?… To kobieta! – oburzał się Miró na kumpla o imieniu Holty. Między tą rybą nie rybą a wyobrażeniem kobiety mieścił się cały świat Katalończyka. Jest tu miejsce dla gwiezdnych konstelacji, słońc, księżyców, dla znaków lekkich, wolnych, przestrzennych. Świat osobisty, antyintelektualny, zanurzony w imaginacji artysty. Hemingway użył metafory, że Miró malował obraz przez 9 miesięcy, czyli przez czas noszenia dziecka poczętego, czyniąc oczywiście aluzję do ich stylistycznej naiwności. Mawia się, że można je równie dobrze odczytywać jako komiksy lub dzieła Breughla, albo jak oba naraz.

W Grand Palais iskrzą fragmenty tegoż nieba i ziemi („Dla mnie obraz musi iskrzyć pięknem poematu lub kobiety” – pisał malarz). Owale i faliste linie w kolorach głębokiego błękitu i gładkiej ochry niczym pierwsi kochankowie zgubiły gdzieś rzeczywistość, która przestała być modelem dla Miró, i kierują się tam, gdzie znaki uwalniają się od ułudy, gdzie harmonia opanowuje przestrzeń. Ta monochromatyczna animacja przywołuje obecność nocy, lecz jej optyczna pustka nie jest odczuwana jak nieobecność, a bardziej jako pewna forma bliskości absolutu. Plamy, linie i kolor uwodzą jak marzenia senne – „Narodzinami świata”, „Miłością”, „Pejzażem z kogutem”, „Psem szczekającym do księżyca”. Ich autor przekonywał, że zostawił za sobą wszystkie „izmy”, by móc dokonać owej fuzji z uniwersum. Psychiczny automatyzm stał się głównym źródłem jego inspiracji.

Miró urodził się w Barcelonie, a do Paryża przyjechał w 1920 roku, mając 27 lat. Zatrzymał się w hotelu prowadzonym przez jego rodaków, w którym mieszkało dużo katalońskich intelektualistów. Brał udział w manifestacjach dadaistów. Rok później wynajął atelier w XV dzielnicy Paryża, przy ulicy Blomet 45, gdzie zaczął się heroiczny czas w karierze artysty. „Ulica Blomet to miejsce dla mnie decydujące o mojej przyszłości, to odkrywanie i wymiana nowych idei w kręgu wspaniałych przyjaciół”. Spotykał tam Jacoba, Éluarda, Bretona, Aragona, Artauda, Hemingwaya… Mały, krępy, milczący, blady idealista o żywych oczach zdradzających nerwowość sprawiał wrażenie bardziej mieszczucha niż artysty. Wracał nocami do swojego atelier i notował: Kładę się spać, czasem bez kolacji, i właśnie wtedy widzę, jak na suficie pojawiają się nieregularne formy… „To jest kolor moich marzeń” – tak brzmi tytuł jednego z jego wielu obrazów prezentowanych na paryskiej wystawie.




To w tych latach Miró zbuntował się i przedsięwziął zbrodnię artystycznie wręcz doskonałą. Postanowił – jak zuchwale wyznał – „zabić”, „zamordować”, „zgwałcić” malarstwo. Zostawić po nim może kilka bezkształtnych figur, plam, linii, może kilka prowokujących obiektów. „Chcę niszczyć wszystko, co istnieje w malarstwie. Odczuwam pogardę dla malarstwa. Interesuje mnie jedynie sztuka wyłaniająca się z otchłani nieświadomości, bezimienna. Taką sztukę pieszczę, bo wtedy mam niepohamowaną ochotę jakby kochać się z całą ziemią, kłaść się na piasku i spać, do końca wtulając się w to piękne niebo nade mną”. W szczytowym okresie „mordowania malarstwa” (rok 1929) zaatakował wprost jego strukturę wewnętrzną – rozrywał, kroił, przerywał. Eksperymentował z kolażem: używał drutu, gwoździ, kości, kredy, ptasich piór… Ale z czasem wrócił do malarstwa.
Miró marzył o wielkim atelier. I doczekał się. W 1959 roku otrzymał Wielką Nagrodę Fundacji Guggenheima, której przewodniczył Eisenhower. Wybudował dom na Majorce i wielkie atelier. Pod koniec życia zbierał przypadkowo napotkane przedmioty. Tych elementów materii porzuconych przez naturę i ludzi używał do tworzenia różnych obiektów i rzeźb, szczątkowych, embrionalnych, jakby przez prehistorycznego człowieka sklejanych. Również i takie eksponaty można oglądać na wystawie.

Do jednego z przyjaciół pisał: „Trudno mi mówić o moim malarstwie, bo zawsze rodzi się w stanie halucynacji, w stanie prowokowanym przez jakiś szok, którego nie do końca jestem świadom. Wtedy ta jasność, siła, wręcz plastyczna agresywność prowadzi mnie w głąb mej duszy – do wzruszenia się kolorem, kilkoma punktami uwalniającymi płacz dziecka w kołysce albo wycie zakochanej dziwki do księżyca. Wiem: to wcale nie jest malarstwo, ale mam to gdzieś”.

Joan Miró umarł przykuty do łóżka w swoim domu w Palma de Mallorca, patrząc w gwiazdy. Być może wypatrywał jednej z planetoid, tej, którą rok wcześniej nazwano jego imieniem – „4329 Miró”.






Najpopularniejsze

Zobacz także