X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Wykarczowali dżunglę (Tygodnik Angora)

Wykarczowali dżunglę (Tygodnik Angora)

Artykuł wprowadzono: 29 października 2016

Nad obozowiskiem kłęby czarnego dymu. Ogień trawi sklecone naprędce budy. Dookoła stoją oddziały policji. Zakrywające twarz hełmy, tarcze, pałki, pojemniki z gazem łzawiącym przy pasie, potężne nagolenniki i ochraniacze ud, chrzęszczące przy każdym kroku, jakby to był marsz żołnierzy z „Gwiezdnych wojen”. Tu wojny nie było. To był ostatni akt likwidacji „dżungli” – największych slumsów imigrantów w Europie.



Poniedziałek, 24 października 2016 roku. Godzina ósma rano. 1200 policjantów i żandarmów otoczyło nielegalny obóz imigrantów pod Calais nad kanałem La Manche. Tydzień wcześniej zlikwidowano wszystkie sklepiki i stragany, które zaczęli zakładać przedsiębiorczy imigranci. Teraz uchodźcy mają ustawiać się w czterech rzędach do komisji kwalifikacyjnych. Osobno mężczyźni, osobno samotne kobiety, osobno te z dziećmi i osobno rodziny.
Tłum. Ścisk. Pojęcie karnej kolejki, w której stoją grzecznie jeden za drugim, jest tutaj nieznane. Przepychanki, ale do poważniejszych incydentów nie dochodzi. Policja obawia się prowokacji ze strony organizacji lewackich, obrońców praw człowieka i grupy walczącej o prawa każdego do lepszego życia w dowolnym miejscu na świecie.

Środa, 26 października. Płoną sklecone z tego, co było pod ręką, budy i namioty, w których przez półtora roku wegetowali uciekinierzy umykający przed wojną, przemocą, głodem albo biedą w ich krajach. Działacze obrony praw imigrantów wkraczają do akcji. Zadyma. Starcia. Jedna osoba zostaje ranna. Fabienne Buccio, prefekt regionu Pas-de-Calais oświadcza: „W obozie nie ma już nikogo. Wszyscy zostali stąd wywiezieni i teraz znajdują schronienie w ośrodkach przygotowanych na ich przyjęcie”. Po czym, po chwili namysłu, dodaje: „Dzisiaj to jest naprawdę koniec «dżungli»”. Ale w rzeczywistości jest inaczej. Jedenastu Sudańczyków stawia opór. Za żadne skarby nie chcą opuścić swojej „dżungli” pod Calais. Organizacja Lekarze bez Granic stwierdza, że na miejscu jest wciąż kilkudziesięciu „rozbitków”. Miejscowe media informują, że kilkadziesiąt osób opuściło obóz we „własnym zakresie”. To ci, którzy wciąż nie chcą zrezygnować ze swojego „marzenia o brytyjskim eldorado”.

W czwartek skoro świt przed ośrodkiem transferu imigrantów zbiera się grupka około stu nastolatków. Ale ośrodek jest praktycznie zlikwidowany, bo przecież w środę oficjalnie oświadczono, że „w «dżungli», już nikogo nie ma”. Ta setka młodych ludzi do ostatniej chwili żyła nadzieją, że uda im się przedostać na Wyspy Brytyjskie. Ukrywali się wśród zgliszczy wypalonych bud. Nocowali pod mostem albo przed zamkniętym na cztery spusty hangarem, w którym udzielano pierwszej pomocy i wydawano posiłki. „Dzieciaki żyją w gorszych warunkach niż te, jakie panowały w «dżungli»” – mówi organizacja Save the Children, a „dżungla” płonie.

Władze przyśpieszają akcję. Ostatnimi 32 autokarami przewieziono 1215 osób do jedenastu ośrodków. Tam otrzymają nie tylko dach nad głową oraz wikt i opierunek, tym bardziej istotne, że zbliżająca się zima, nawet w jej łagodnej francuskiej wersji, jest dla Afrykanów czy Syryjczyków zjawiskiem, któremu trudno stawić czoła. Otrzymają także porady, w jaki sposób ubiegać się o azyl polityczny. Zostaną poinformowani, jakie kroki mogą dalej podejmować, jakie mają prawa. Poza setką nastolatków większość nieletnich trafiła do ośrodków w Calais, bo negocjacje z Brytyjczykami wciąż trwają. A Londyn oświadczył, że owszem, weźmie do siebie „wszystkie dzieci, ale tylko do czwartego roku życia”. To jawna kpina. Maluchy w tym wieku były w Calais ze swoimi mamami, a tutaj był problem 12 – 14-latków. Wielka Brytania z wielkim hukiem propagandowym przyjęła ich kilkunastu i na tym się skończyło.

Oto z Calais wyjeżdża autobus numer 95, wiozący 32 imigrantów. Są to sami mężczyźni. W zdecydowanej większości Sudańczycy. Od pierwszej chwili czeka ich intensywny dwumiesięczny kurs francuskiego, a potem wybór kształcenia zawodowego. Jadą niedaleko, do Cantin, w pobliżu Lille na północy Francji. Bliżej z tego półtoratysięcznego miasteczka leżącego w nieczynnym zagłębiu górniczym do Brukseli niż do Paryża. Mubarack nauczył się kilku francuskich słówek w szkole, w dżungli. Tej prawdziwej. W Afryce. Ahmed w Sudanie oglądał francuskojęzyczny kanał TV France 24. Znają parę słów. Jeden z towarzyszących im strażaków mówi, że ci spokojni młodzi mężczyźni dojrzeli swoją szansę na lepsze życie i chcą ją wykorzystać. Kierowca autokaru robi trzeci kurs. „Wszystkie przebiegały bardzo spokojnie” – opowiada. W sali, gdzie ich przyjęto, czekają chleb, czekolada i kanapki z wędliną halal. Potem noc w jednoosobowych pokojach. Po raz pierwszy od miesięcy będą spać w łóżkach i w cieple. Inna grupa przybyła do Bretanii. Pojawienie się na ulicy czarnych mężczyzn wywołuje tam sensację, ale i życzliwość. W „dżungli” mieszkało w porywach do 10 tysięcy osób – kobiety, dzieci, mężczyźni. Najwięcej przybyło ich z Afganistanu, Sudanu i Erytrei. Byli Syryjczycy i Irakijczycy. Po drugiej stronie Francji, tysiąc dwieście kilometrów od Calais, nad Morzem Śródziemnym, jeszcze we Włoszech, włamywali się do ładowni tirów, usuwali stamtąd towary i jechali zamiast nich jako pasażerowie na gapę. Gorzej, gdy trafili do samochodu lodówki. Gdy ich odnaleziono, lądowali w szpitalu z objawami hipotermii. Ciągnęli do Calais, miasta leżącego nad kanałem La Manche. Po drugiej stronie pasa wody lśniły białe klify Dover. Ten widok czarował wcześniej Juliusza Cezara, gdy rozpoczynał inwazję na Wyspy Brytyjskie. Teraz taki sam czar rzucił na imigrantów. Dla nich po „tamtej” stronie kanału rozciągało się eldorado. Próbowali tam docierać, czepiając się w biegu pociągów ekspresowych i wskakując na lawety jadące pod tunelem La Manche. Obalali drzewa, by zatrzymać tiry i dostać się do ich ładowni. Szturmowali promy. Zmęczeni nimi byli kierowcy ciężarówek. Mieszkańcy Calais mieli ich dosyć, bo się ich bali; handlowcy też, bo przez nich interesy siadły. Brytyjczycy zaczęli budować wokół portu i terminali mur eksterytorialny, co wywołało wściekłość części deputowanych, którzy zaczęli krzyczeć o „inwazji Brytoli”.

Ostatnio w „dżungli” zrobiło się nerwowo. Zgwałcono afgańską tłumaczkę, reportera 3 Programu francuskiej telewizji ograbiono ze sprzętu. Kręcił dokument o dzieciach w obozie. Potem napięcie narastało w miarę zbliżania się terminu rozpoczęcia likwidacji „dżungli”. Do bójek doszło ostatniego dnia ewakuacji. Podpalano baraki i namioty. W niektórych kulturach istnieje obyczaj niszczenia ogniem domostw, które się opuszcza. Pożary spowodowały eksplozję dwóch butli z gazem. Byli ranni.

W „dżungli” mieszkało 10 tysięcy imigrantów, ale w całej Francji około 100 tysięcy osób ubiega się o status uchodźcy. Koszt ich obecności ma w 2017 roku przekroczyć miliard euro, o 30 procent więcej niż we wcześniejszych latach. To nie pierwszy taki obóz na dziko pod Calais. Zaczęło się w 1990 roku. Wtedy to portowe miasto po raz pierwszy stało się celem wędrówek przez pół naszej planety imigrantów, gnanych marzeniami o przeprawie na drugą stronę kanału La Manche. Dzisiaj po „dżungli” nie ma śladu, ale niemal wszyscy są przekonani, że wkrótce znów tutaj wyrośnie. (MB)
Na podst.: Le Figaro, Le Telegramme, Le Monde






Najpopularniejsze

Zobacz także