X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Wróbelek i kwiat Monstrum – Paryski nie-co-dziennik

Wróbelek i kwiat Monstrum – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 13 grudnia 2020

Oboje urodzili się w Paryżu, i to tego samego dnia – 19 grud­nia. Ona 105 lat temu, on 110 lat temu. Oboje – porzuceni przez matki – doświadczyli sieroctwa. Ona znalazła „rodzinę” u prostytutek domu publicznego prowadzonego przez jej babkę, on – w domu poprawczym, osadzony za kradzieże i włóczęgi. Oboje – nadużywając życia – umarli na raka. Ona, mając 47 lat, na raka wątroby, on, 35 lat temu, na raka gardła. Świat poznał ją pod pseudonimem Piaf (Wróbelek), jego – pod nazwiskiem matki (ojciec był nieznany) oznaczającym kwiat. Genet, czyli janowiec, kwiat motylkowy o żółtej barwie i nagim kielichu, trujący. Może stąd takie upodobanie do kwiatów w tytułach jego książek – „Matka Boska Kwietna” czy „Cud róży”, które pisał w podparyskim więzieniu.

Ich wspólny przyjaciel, awangardowy artysta Jean Cocteau, często przekonywał sąd, że Genet „jest największym pisarzem naszych czasów”, a o Piaf pisał, że nie było istoty bardziej trwoniącej życie, że przerasta i siebie, i nas, i swoje piosenki, bo „śpiewając, nie śpiewała, lecz padał deszcz, wiał wiatr, rozpościerała się księżycowa poświata kochanków”. Dla wielu i dziś – jak dla Lady Gagi – jest pieśniarką nie tylko tamtych czasów, a wszech czasów. W radiu słychać pieśń „À une chanteuse morte” Léo Ferré, jednego z jej protegowanych: – Miałaś imię ptaka i śpiewałaś jak sto, jak sto tysięcy ptaków z gardłem zalanym krwią…

Rue Belleville 72, XX dzielnica miasta. „Na stopniach tego domu 19 grudnia 1915 roku urodziła się w największej nędzy Edith Piaf, której głos poruszył cały świat” – głosi kamienna tablica. Tu zaczyna się mit Edith Giovanny Gassio (tak się nazywała) od rzekomo ulicznego porodu odebranego przez dwóch policjantów i sąsiadkę, która miała odciąć pępowinę nożyczkami. W rzeczywistości przyszła na świat w pobliskim szpitalu Tenon. Ubarwiała swoje życie jak wielki spektakl, karmiąc go półprawdami, nowymi wersjami wydarzeń, opowieściami w rodzaju, że zajmująca się nią babka alkoholiczka poiła ją winem i stąd jej późniejszy alkoholizm, lub kiedy jako dziecko oślepła, matkujące jej prostytutki wymodliły u świętej Tereski z Lisieux jej cudowne przejrzenie, a okazało się, że to zwykłe zapalenie spojówek wyleczone przez miejscowego lekarza; albo zdecydowana już na seks za pieniądze, by opłacić pogrzeb jedynej córeczki, jej niedoszły klient dżentelmen, poruszony jej losem, uchronił ją przed prostytucją, wręczając niezbędny datek; czy też będąc już diwą francuskiej piosenki, śpiewając podczas okupacji dla paryskiego ruchu oporu (ale i dla niemieckich żołnierzy), miała uratować wielu Żydów, lecz… żaden się nie odnalazł, nie podziękował.

Marlene Dietrich mawiała, że jest tylko jedno słowo, które może zastąpić słowo Paryż – „Piaf” (ów Wróbelek). Metr i 47 cm wzrostu, trzydzieści kilka kilogramów wagi, no i ten głos kontrastujący z jej drobną sylwetką, głos, którym zachwycił się świat. Wypełniał całą jej sylwetkę z taką pasją, że poniósł uliczną dziewczynę na szczyt sławy. Głos drżący, szorstki, niemal chropowaty, ale wrażliwy, pełen siły, tragiczny i radosny zarazem, wibrujący najważniejszym uczuciem – miłością. Ekspresja, dramatyzm… Choroba wątroby i żołądka, urazy po wypadkach samochodowych, artretyzm, morfina, alkoholizm, ataki delirium tremens, odwyki, próba samobójcza, śpiączki wątrobowe… Żyła intensywnie: od występu do występu, od romansu do romansu, od ekscesu do ekscesu. Ikona światowej piosenki, która brała rewanż za tragiczne dzieciństwo. Lista jej kochanków była długa, doliczono się około 50 nazwisk. Pochodzili z różnych środowisk, jedni mogli być jej ojcami, inni synami. – No cóż, mężczyznę można dobrze poznać tylko w łóżku – mówiła. Jedna noc daje więcej niż miesiące konwersacji.

Kochanków szukał też Jean Genet, jeden z najbardziej intrygujących pisarzy XX wieku, urodzony w paryskiej porodówce dla samotnych matek przy rue d’Assas 22. – Porzuconemu przez rodzinę wydało mi się czymś naturalnym pogłębienie sieroctwa miłością do chłopców, miłości do chłopców złodziejstwem, złodziejstwa zbrodnią lub zbrodni schlebianiem. W ten sposób odrzucałem świat, który mnie odrzucił – napisał w „Dzienniku złodzieja”. Zaciągnął się do wojska. Został kapralem. Wysłany na ekspedycję do Syrii poznał świat arabski, który będzie mu bliski przez całe życie. Zdezerterował. Włóczył się po Europie z fałszywym paszportem. Prostytuował się, okradał swych klientów, żebrał, pogrążał w depresji. W końcu wrócił do Paryża, by „wieść złodziejski żywot”, m.in. jako bukinista nad Sekwaną, gdzie sprzedawał kradzione książki.

Pisarz występował we wcieleniach anarchisty, idealisty, męczennika. Był aresztowany i skazywany około 20 razy – za kradzieże, dezercję, fałszowanie dokumentów, nielegalne posiadanie broni. Więzienie stało się jego domem. Z więzieniem – tym rzeczywistym i tym jeszcze lepiej strzeżonym, bo budowanym wokół własnego „ja” – wiąże się fenomen jego twórczości. Nie miał stałego miejsca zamieszkania i posługiwał się adresem wydawnictwa Gallimard. Chętnie zatrzymywał się w hotelach w pobliżu dworców, by szybciej przemieszczać się w kolejne miejsca. I tak umarł, w miejscu, gdzie – poza więzieniem – zawsze żył, w pokoju hotelowym.

On! Fascynował mistyką zła. Gwałcił wyobraźnię, układał w „gęsty druk” bukiety kwiatów ociekające krwią, łzami, spermą. Ona! Fascynowała życiem na różowo, czarno, burgundowo. Oboje fascynowali – życiośpiewaniem, życiopisaniem, dzięki którym triumfowali. – Nie, nie żałuję niczego – to swoiste epitafium i jej, i jego. Padam, p a d a m… Mój akordeonisto. 

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także