X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Wirus beznadziei

Artykuł wprowadzono: 24 kwietnia 2021

Paryski nie-co-dziennik

Dla starożytnych cyników samobójstwo było najwyższym aktem wolności, który wywyższał człowieka ponad bóstwo skazane na niewolę nieśmiertelności. Podziwiano odwagę cyników. Zjeżdżano z daleka, żeby być świadkiem ich terminalnego aktu. – Szukacie drogi do wolności? – Znajdziecie ją w każdej żyle swojego ciała – rzucali gapiom zuchwałego spektaklu, jaki robili ze swej śmierci.

Dziś samobójstwo jest pierwszą przyczyną zgonów młodych Francuzów między 25. a 34. rokiem życia, lecz bynajmniej nie za sprawą wolności, tylko zniewolenia trudami życia, beznadziei, depresji. „W Paryżu oddano hołd lekarzom stażystom, którzy popełnili samobójstwo w czasie pandemii” – czytam tytuł informacji prasowej. I dalej: Valentin, Tristan, Quentin, Elise, Florian… Odebrali sobie życie z powodu fizycznego i moralnego wycieńczenia. Przed ministerstwem zdrowia ustawiono czarne tabliczki z ich imionami, a kilkudziesięciu medyków w białych fartuchach uczciło tragicznie zmarłych minutą ciszy pod dużym napisem: „Szpital zabija stażystów. Pomóżcie żyć”.

Niedaleko ministerstwa mieszkał Emil Cioran (21 rue de l’Odéon), pisarz samounicestwienia, piewca samobójstwa, dla którego pisanie było autoterapią egzystencjalnej beznadziei, formą odwleczonego samobójstwa – jak sam pisał – by lepiej znosić samego siebie, by osłabić swoje obsesje, by się od razu nie zabić. Urodził się w kwietniu 110 lat temu, a zmarł 15 lat temu; jest pochowany na cmentarzu Montparnasse. Francuzi lubią świętować rocznice, lecz tych obchodów w czasie zarazy nie będzie. Jedynie w księgarniach, jak przy rue Faubourg du Temple, okazjonalnie wyeksponowano książki Ciorana z tą pierwszą na czele, napisaną, gdy miał 22 lata – „Na szczytach rozpaczy”, w której, jak twierdził, zawarł wszystko, co później miał napisać przez ponad 40 lat pobytu w Paryżu. Stał się wirtuozem pisarstwa aforystycznego. Lapidarny, precyzyjny, finezyjny. Kartkuję strony zadrukowane słowami jego myśli – wyrafinowanych, naznaczonych wirusem smutku, pesymizmu, beznadziei.

Życie to drobina zrujnowanej przez ból materii. Jest ulotne i posępne jak samobójstwo motyla. Nikt na nic nie czeka, na nic innego niż śmierć, która błąka się po pustyniach i kawiarniach, po starych łóżkach i w zakątkach ulic. Wznosimy się ku pustce, rośniemy na ruinach złudzeń. W nagłej rozpaczy dusza jest jak morze, w której utonął Bóg (…). Przyszłość? Moja wizja przyszłości jest tak precyzyjna, że gdybym miał dzieci, udusiłbym je natychmiast. Europa? Zgnilizna ładnie pachnąca, trup uperfumowany. Historia powszechna jest ciągiem powtarzających się katastrof, które poprzedzają katastrofę ostateczną. W końcu staniemy się jedną wielką metropolią, takim cmentarzem Père-Lachaise na skalę globu.

Kilka księgarskich regałów dalej „leży” inny kawalerzysta Apokalipsy – Louis-Ferdinand Céline, kolejny „jubilat”. Zmarł na przedmieściach Paryża 60 lat temu. Wielki pisarz i wielka figura ciemnej strony Francji, łajdak, kolaborant, antysemita. Błądził między geniuszem a prowokacją. Autor „Podróży do kresu nocy”, książki debiutanckiej, acz nowatorskiej, dedykowanej jego muzie, tancerce Elizabeth Craig, z którą mieszkał przy rue Lepic na Montmartrze. Po jej wydaniu u Gallimarda literaturę zaczęto dzielić na tę przed- i pocélinowską. Jego twórczość przytłacza pesymizmem, obnaża człowieczeństwo jako „wielkie kłamstwo kultury”. Gardził kręgami literackimi. Wolał eksces i skandal. Życie – czytam – to trochę światła gasnącego w mroku. Spróbowałem. Fanfaronada. Trupiarnia. Nie warto… W dniu pogrzebu Céline’a na cmentarzu pojawił się tylko jeden dziennikarz – Żyd, który odprowadził „wielkiego antysemitę” i bluźniercę kondycji ludzkiej do kresu jego własnej nocy.

W drugim kącie księgarni umieszczono ołtarzyk innego mędrca paryskiej nocy – Becketta. Ten się w kwietniu urodził, w Wielki Piątek 115 lat temu; jak mawiał: w godzinie śmierci Chrystusa. I chociaż zawsze koniec jest już w początku, to ciągle brnie się dalej: w pustkę, upadek, nicość, twarzą w twarz z najgorszym, czekając na to wielkie NIC. Bo nic nie jest bardziej rzeczywiste niż n i c – powtarzał za Demokrytem największy absurdysta XX wieku, autor dramatu „Czekając na Godota”. A Godot, wiadomo, wielkie złudzenie, wielki nieobecny – nie przyszedł. Samuel Beckett stawiał czoła włas­nym demonom. Zajmując się studiami nad samobójstwem, włóczył się nocami po barach Montparnasse’u z „Piekłem” Dantego pod pachą. Zastygał w azylu swych myśli, z których rodziła się sztuka apoteozy samotności i wyobcowania, wizja niepojętego istnienia, dzieło wobec świata sceptyczne. Całe jego życie kręciło się wokół obsesji pisania. Maestro absurdu zmarł w paryskim przytułku przy rue Rémy-Dumoncel i, jak Cioran, został pochowany na cmentarzu Montparnasse.

Świat ciemnieje. Energia życiowa zanika, myślenie staje się trudne. Lęk i tęsknota za śmiercią. Takie odczucia zmuszają co piątego Francuza do szukania medycznej lub psychologicznej pomocy. Wielu popełnia samobójstwo, a półtora miliona przyjmuje leki antydepresyjne. Już czas! Czas na pandemię nadziei. Czas się zaszczepić przeciw temu wirusowi mutującej się beznadziei.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także