X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

W poszukiwaniu straconego t e r a z

W poszukiwaniu straconego t e r a z

Artykuł wprowadzono: 26 grudnia 2021

Paryski nie-co-dziennik

Mija dzień, rok… dziesięciolecia, stulecia. Paryż, a dokładniej muzeum jego historii Carnavalet, żegna stary 2021 rok i wita nowy „balem” wystawą: „Marcel Proust, powieść paryska”. Ekspozycja próbuje odzyskać czas związków Paryża z siedmiotomowym arcydziełem, quasi-autobiograficznym cyklem powieściowym „W poszukiwaniu straconego czasu”. Okazją jest 150. rocznica urodzin pisarza.

Czas odgrywa główną rolę w dziele Prousta. Zmienny, niestabilny, efemeryczny. Wszyscy ten jego nieuchwytny „refleks teraźniejszości rzutujemy w pustą przestrzeń przyszłości”. Witając Nowy Rok, próbujemy go przechytrzyć toas­tem. To echo ułudy, że alkohol, wzmagając euforię, zatraca czas w teraźniejszości. Komediopisarz Arystofanes przekonywał, że wino jest mlekiem Afrodyty, a poeta Owidiusz współczuł „nieszczęśnikom, którzy popełniają szaleństwo picia wody”. Arcybiskup François Fenelon, autor „Doskonałości chrześcijanina”, nauczał, że pić wino to czcić Pana Boga. Bliższy Proustowi przeklęty Baudelaire poszedł najdalej: „Trzeba wciąż być pijanym – pisał. To cały sekret: w tym tkwi wszystko. Żeby więc nie czuć straszliwego ciężaru Czasu, który miażdży wam barki i zgina grzbiet ku ziemi, musicie wciąż się upijać”. Marcel Proust nie przyjął tej rady, nie mógł, będąc zbyt słabego zdrowia, chory na przewlekłą astmę. Ale szampan w starannie dobranym towarzystwie albo zimne piwo w hotelu Ritz – z rozkoszą.

Wystawa to sensoryczne wprowadzenie w świat Prousta, ten rzeczywisty i fikcyjny. 280 eksponatów temu służy: obrazy, rzeźby, grafiki, fotografie, rękopisy, meble, odzież, dokumenty archiwalne, nagrania fragmentów jego dzieła, filmy archiwalne, filmowe adaptacje. Pierwsza część eksploruje paryskie uniwersum Prousta. Urodził się i zmarł w Paryżu. Jego życie toczyło się w sercu tego miasta, którego prawie nie opuszczał. Urok osobisty, zalety towarzyskie, przyjaźnie, no i majątek odziedziczony po zamożnych rodzicach wprowadziły pisarza w sfery arystokratyczne, artystyczne i na światowe salony, w wielki półświatek. Nie ma bogatej biografii, cały mieści się w historii swego dzieła. Choroba sprawiła, że „słońce było mu wrogiem”, pisał jego polski tłumacz Boy-Żeleński, więc nauczył się żyć w nocy, poświęcając swój czas pisaniu monumentalnej powieści. Pisał w łóżku, w wyłożonej korkiem sypialni. Spał w dzień, w nocy pracował; wstawał późnym popołudniem, niekiedy nawet wieczorem około 18. Jego życie stało się powieścią, a powieść życiem.

Druga część wystawy otwiera się na Paryż fikcyjny, stworzony przez Prousta. Na upoetyczniony czas ciągnący się przez półtora miliona słów poszukiwań tego, co stracone. Tyle słów liczy jego opus magnum. Drąży w głąb introspekcję, ignorując fabułę, akcję, przygodę. Czas nie liczy się z czasem. Obiad może trwać przez kilkadziesiąt stron i dłużej. Zdania monstra ciągną się stronicami, zawiłe konstrukcje rozległych fraz nowej komedii ludzkiej. Człowiek! Sam z sobą tragiczny, wśród ludzi komiczny. 200 postaci przewija się przez tę „katedralną” architekturę powieści, której każda część w sposób mniej lub bardziej ukryty związana jest z Całością. Narrator Marcel, 40-letni sobowtór autora, wędruje po swych wspomnieniach, od dzieciństwa po wiek dojrzały. Gubi czas swojego życia, by w końcu go odzyskać w sztuce, w świadomej twórczości opisania własnego życia. W kołowej kompozycji utworu, którego koniec odsyła do początku, żeby wszystko zacząć od nowa. Bo stracony czas można odzyskać tylko w sztuce, jedynej realności istnienia.

Marcel Proust nie znalazł wydawcy dla pierwszego tomu swej powieści. „W stronę Swanna” wydał na własny koszt. Ale już drugi tom, „W cieniu zakwitających dziewcząt”, przyniósł mu Nagrodę Goncourtów, uznanie i sławę. Ostatnie dwa tomy zostały opublikowane już po śmierci pisarza. Później było kilka głośnych adaptacji filmowych, Volkera Schlöndorffa czy Raula Ruiza. A wszystko zaczęło się od krótkiego, banalnego zdania: Longtemps, je me suis couché de bonne heure. Przez długi czas kładłem się spać wcześnie. Nagrane rozbrzmiewa obok wielu innych w Musée Carnavalet. Kończy wszystko zdanie długie jak niejedno życie, tak długie, że tylko jego ostatnie słowa przytoczę: (…) tant de jours sont venus se placer – dans le Temps (…). minęło tyle dni – w Czasie.

Porwani przez ten Czas już nie możemy się wydostać na zewnątrz, on unosi nasze myśli, słowa, pragnienia, nas samych, sam pozostając czymś nie do znalezienia. Nie można go uchwycić w sieć intelektu, choć jest oczywisty, wręcz banalny, lecz niedefiniowalny, dobrze znany, a nieuchwytny, nie ma nawet pewności, czy w ogóle ma jakiś początek i koniec. Ale nasze zegary już odmierzają dni, godziny, sekundy do wielkiego noworocznego – BUUM! Ten, na którego czekamy, oznaczyliśmy liczbą 2022. Zabierze nas w kolejną podróż wokół Słońca po błędnej elipsie z nieustannym powrotem do punktu wyjścia. W tej jego pustej przestrzeni przyszłości wszystko jest nieznane, czyli wszystko możliwe.

Więc – w drogę! Tam jest dobrze. Tam musi być dobrze. Tego wszystkim życzę.

Leszek Turkiewicz

Po ponad czterech latach prac renowacyjnych Muzeum Carnavalet przywita gości 29 maja: https://www.ifrancja.fr/po-ponad-czterech-latach-prac-renowacyjnych-muzeum-carnavalet-przywita-gosci-29-maja/




Najpopularniejsze

Zobacz także