X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Ulica Przyjazdu (Arrivée) prowadzi wprost pod wieżę Montparnasse. Kiedyś najwyższy biurowiec Europy …

Ulica Przyjazdu (Arrivée) prowadzi wprost pod wieżę Montparnasse. Kiedyś najwyższy biurowiec Europy …

Artykuł wprowadzono: 29 marca 2014

Ulica Przyjazdu (Arrivée) prowadzi wprost pod wieżę Montparnasse. Kiedyś najwyższy biurowiec Europy, który swą butą pogwałcił paryski pejzaż niskiej zabudowy miasta. Wieżowiec o 59 piętrach z kilkoma tysiącami urzędników wciska się we wschodni róg „piętnastki”.
Na 56. piętro wjeżdżam najszybszą windą Europy, wyżej, na dach, wchodzę już schodami. Na zachodzie labirynt uliczek. XV Dzielnica jest największa. Nie ma wyrazistego charakteru, zmienia się szybko i do nikogo nie należy – tak mówią paryżanie. Ale należała: i do Orwella, i do Becketta, i do „twórczych pszczółek” spod znaku école de Paris – Chagalla, Soutine’a czy Légera wytwarzających w La Ruche, czyli, Ulu artystyczny miód sztuki.
Ul był kolonią zabiedzonych malarzy, zwłaszcza z Europy Wschodniej, którzy przyjeżdżali podbijać Paryż uzbrojeni jedynie w pędzel i dwa słowa: Passage Dantzing. Tam stał La Ruche wypełniony ciasnymi segmentami trójkątnych pracowni, zwanych trumnami. Fernand Léger opowiadał, jak został zaproszony do takiej trumny na obiad przez Rosjan, którzy zarobili trochę grosza na sprzedaży kocich futer. Posiłek składał się z kociego mięsa smażonego na wódce: „Paliło w gardle i śmierdziało, ale było lepsze niż nic”. Okres świetności tej paryskiej Villi Medicis dawno minął, ale istnieje do dziś, uratowana przed wyburzeniem w 1970 roku przez stowarzyszenie, którego prezesem był Marc Chagall, i jest miejscem pracy dla piątego już pokolenia artystów. Niedawno odnowiona bardziej przypomina orientalną pagodę niż ul, może dlatego jej replika powstała w Japonii, naprzeciwko góry Fudżi.


Prawdziwa pasieka jest obok – w parku Brassensa powstałym na terenach starej rzeźni, gdzie podobno zabijano konie jednym strzałem, by nie zdążyły zamknąć oczu. Park przystosowano do potrzeb niewidomych – można zamknąć oczy i podążać za pluskiem fontann, zapachem liści, dotykiem informacji na tabliczkach w języku Braille’a. W weekendy organizowane są kiermasze starych książek, nierzadko oprawionych w skórę ze zdobionymi tytułami: Zapłodnienie orchidei, Metafizyka seksu, Gnoza miłości…
Robię kilka kroków na południe – Parc des Expositions. Tam każdą wiosnę zapowiada prestiżowy salon rolnictwa. Ściąga tłumy paryżan i obowiązkową pielgrzymkę wszystkich liczących się polityków z prezydentem Republiki na czele. Z drewnianych pali rekonstruuje się stajnie, stodoły, obory oraz bydlęce porodówki. Wielki zwierzyniec w dżungli miasta, który odurza wonią wsi. W oparach siana, słomy i trocin prezentują swe wdzięki rasowe krówki, byczki, świnki, konie i kuce z zaplecionymi ogonami, owce wełniaste i wystrzyżone do skóry, muły, osły i oślice, kozy, kury, indyki, gęsi, kaczki, króliki, gołębie, koty, psy, nawet pawie. Słowem, zwierzyniec, jakiego nie powstydziłby się sam George Orwell, który przed napisaniem „Folwarku zwierzęcego” pracował jako pomywacz przy pobliskiej ulicy Commerce.
W halach Expositions odbywa się też raz na dwa lata światowy salon samochodowy (najbliższy w październiku). Paris Motor Show jest najstarszą tego typu imprezą na świecie. Pierwsza miała miejsce jeszcze w powijakach ery motoryzacyjnej, w 1898 roku, kiedy samochody osiągały prędkość żywego konia. Współcześnie – niczym na wybiegu haute couture – konstruktorzy marzeń na czterech kółkach prześcigają się w projektowaniu oryginalnych modeli aut – linie futurystyczne, aerodynamiczne, mocno wyrafinowane. Limuzyna, bolid czy inna bryka to współczesny fetysz wolności, pozycji społecznej, ba, uniesień miłosnych. Stąd tyle kształtów wyzywających, opływowych, ekscytujących. Piękno, luksus i szybkość zamknięte w mechanicznym kokonie światowego przemysłu samochodowego.
Kilka kroków na północ – Sekwana, a przy niej, w miejscu dawnej fabryki samochodów, zieleni się kolejny park – Citroëna. Dalej nabrzeże Grenelle, wzdłuż którego rozciąga się nowe osiedle Front de Seine, wzniesione w miejscu ruder i portowych magazynów. Betonowe maszty, szklane wieżowce. Wśród nich na różnych poziomach odbywa się niewidoczny stąd ruch samochodów i pieszych. Mostem Grenelle można zejść na poziom najniższy, na Łabędzią aleję (allée Cygnes), sztuczną rzeczną wysepkę z repliką nowojorskiej Statuy Wolności. To ulubione miejsce Samuela Becketta, „wielkiego irlandzkiego paryżanina z wyboru”, które przemierzał z „Piekłem” Dantego pod pachą. Mieszkał blisko, przy rue Favorites. Mając duszę wyrzutka, lubił nocne wypady po mrocznych zaułkach w poszukiwaniu azylu dla swych myśli, z których rodziła się jego sztuka absurdu. Na tej Łabędziej wyspie często przyglądał się kobiecie, co ma zerwane kajdany u stóp, prawicą oświetla świat, a w lewicy trzyma księgę pod tytułem: „4 lipca 1776”; kobiecie podarowanej przez Francję Ameryce w setną rocznicę proklamowania niepodległości USA. Patrzyli razem na most Mirabeau, pod którym niejedna miłość płynie, o czym wiemy od Apollinaire’a vel Kostrowickiego.
Wiemy też, że każde słowo jest jak niepotrzebna plama na ciszy. A jednak brnie się dalej… W epokę identyczności i samotności, w epokę Wielkiego Brata i dwójmyślenia. Beckett, Orwell… „Piętnastka”, „Rok 1984” plus 30.
Angora mini






Najpopularniejsze

Zobacz także