X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Teraz wok

Tygodnik Angora – Teraz wok

Artykuł wprowadzono: 19 kwietnia 2014

Wok to wspaniałe naczynie z kuchni azjatyckiej i nazwa mojej ulubionej restauracji chińskiej na przedmieściach Paryża. Krewetki w sosie z mleczka kokosowego, dorsz z groszkiem, kurczak sauté w chińskiej kapuście, filet ze świnki z pieprzem syczuańskim. To tylko kilka przykładów, co można wyczarować w woku.


Gotuje się w nim przy minimalnej ilości oliwy, na czym szczególnie korzystają warzywa. Marchewka czy brokuły wychodzą z tej próby w pysznej postaci, bo na chrupko.
Z wokiem spotkałem się po raz pierwszy w połowie lat 70., gdy trafiłem do restauracji w londyńskim Chinatown, wcześniej wylegując się na tym samym skwerku w Soho, na którym w okresie „Swinging London” królowali hippisi. Na skwerku było słonecznie i mitycznie, a w knajpce wok przygotował mi niezapomniane wspomnienia kulinarne, które uzależniły mnie od chińskiej kuchni.
Wok to naczynie żeliwne i przez to bardzo drogie. Taniej było kupić miskę na rączce, z blachy, lżejszą, ale dzięki temu bardziej demokratyczną, bo więcej osób mogło korzystać z dobrodziejstw tego sposobu gotowania. Teraz mam wok kamienny, wyłożony czymś w rodzaju czarnego pyłu kamiennego. To rewelacyjne rozwiązanie zastosowano do patelni, grillów i garnków. Dzięki temu można gotować potrawy na najwyższych poziomach smakowej wyobraźni.
Restauracja na peryferiach
Prowadzi ją sześciu członków tej samej rodziny, z których tylko jeden nieźle posługuje się francuskim. Szef rozumie niektóre słowa dotyczące sztuki kulinarnej i to jest wszystko, ale braki nadrabia przeuroczym uśmiechem. Można tam zjeść, ile się „wdrapie na talerz”, za tę samą cenę – 10,50 euro w południe, a w wieczory, soboty i niedziele – 15,50 euro. Dzieci jedzą za połowę taryfy, ale nikt tam im nie sprawdza metryki. To restauracja „Wok” na obrzeżach Paryża.
Brzezinski17
Na dzień dobry przed nami pojawia się kieliszek z likierem z owoców liczi z białym winem, a dla dzieci z sokiem pomarańczowym. Po tym ruszamy do szturmu. Bufet przygotowanych potraw to kaczka na chrupko, wołowina z bambusem, kurczak w sosie słodko-kwaśnym, podsmażone skrzydełka kurczaka, cukinia w cieście, pierożki z krewetkami na parze, a do tego ryż po kantońsku i kluski ryżowe. Jest bufet „japoński”: sushi, sashimi i maki z przepysznym marynowanym imbirem i ostrym jak szabla zielonym wasabi – japońskim chrzanem.
Pałeczki w dłoń!
A teraz wok. Nakładam na talerz szaszłyki z krewetek, kawałki czerwonej wołowiny, makarony ryżowe, żabie udka, chińskie grzyby, kawałki piersi kurczaka, kalmary, brokuły i filety z ryby. Teraz do kontuaru. Szef miota się między gazowym palnikiem i ogromnym garem z gotującą się wodą. Wrzuca do niej na sitku zawartość mojego talerza. Sosy są różne, od „naturalnego”, bardzo łagodnego, po ostre. Szef zna moje upodobania do bardzo pikantnej kuchni. Na krawędzi chochli, którą potem „zamiata” w woku jedzenie, nabiera nieco przyprawy tajskiej i tej, jaką sam stworzył ze świeżo startego czarnego pieprzu. Wrzuca wszystko do woka na kilka minut. Odwróconą do góry dnem chochlą obraca je, jednocześnie potrząsając naczyniem wydającym metaliczne dźwięki. To „perkusja kuchni” spod znaku „wok”. To sygnał dla gości, że potrawa jest gotowa. Do tego kapnięcie słonej soi, pałeczki w dłoń. A na koniec łyk sake na trawienie.
Angora mini






Najpopularniejsze

Zobacz także