X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Paryski nie-co-dziennik: Podróż ulotna

Artykuł wprowadzono: 25 października 2014

Angora mini
Według szacunków Population Reference Bureau (PRB), odkąd pojawił się homo sapiens, taką podróż odbyło sto dziesięć miliardów ludzi, a kolejne siedem jest w drodze, nie dotarłszy jeszcze do celu. Ale dotrą jak każdy, bo nikt nie jest niczym więcej jak kolejną śmiercią. Czas traci miarę, pieniądz wartość, a ciało wolę. Ziemia to wielkie cmentarzysko, a życie – podróż ulotna na chwilę wytrącona z wieczności. Miniemy. Wszyscy za wcześnie.

Jeden z tych wędrowców, nazwany Spinozą, zwykł mawiać, że człowiek wolny o niczym nie myśli mniej niż o śmierci. Umierają inni, nie my. Na raka, zawał, starość. Umieranie najchętniej powierza się specjalistom, daleko od domu, chcąc jak najdłużej trzymać śmierć na dystans. Wyjątek to Wszystkich Świętych, kiedy odwiedzamy tych, co już u celu błąkają się między grobami, kapliczkami, galeriami cmentarnych rzeźb.


Nad Sekwaną najsłynniejsza jest nekropolia ojca Krzesło, czyli otwarty w 1804 roku cmentarz Pe`re-Lachaise. Miasto umarłych, które rozrosło się do miliona duchów, licząc tylko tych w oficjalnym rejestrze. To największa i jedna z najpiękniejszych promenad Paryża schowana w labiryncie 6 tys. drzew i 15 km alejek, rocznie odwiedzana przez dwa miliony paryżan i turystów. Popularność miejsca zaczęła się od dochodowego interesu, jaki zrobił urbanista Nicolas Frochot, który nabywając je, przekonał władze miasta, aby przenieść tu groby Moliera, La Fontaine’a i legendarnych kochanków Abelarda i Heloizy. Dzięki sąsiedztwu znanych duchów miejsca na cmentarzu nabrały takiej wartości, że Frochot sprzedał jedno z nich pierwotnemu właścicielowi gruntu za cenę wyższą niż wcześniej zapłacił za cały teren.

Dziś Pe`re-Lachaise to swoisty top zaświatów. Cała armia znamienitych duchów krąży w zakamarkach rozległego wzgórza. Niektóre mogiły zapadają się, gubią kamienne anioły, krzyże, twarze właścicieli wymazywane przez deszcz, wiatr i słońce. Inne tworzą cenną galerię nagrobnych rzeźb udekorowanych wyszukaną sztukaterią i reliefami. Jest grób Chopina z wydartym sercem, Morrisona w oparach marihuany, Oscara Wilde’a ze śladami szminki po pocałunkach jego fanów, pogromcy lwów Jeana Pezona, siedzącego na lwie, który go pożarł, prezydenta Feliksa Faure’ego zmarłego w ramionach kochanki w Pałacu Elizejskim, Modiglianiego z ukochaną Jeanne Hebuterne, która będąc w ciąży, wyskoczyła z okna w rozpaczy po jego śmierci, córki Karola Marksa Laury i jej kochanka Paula Lafargue’a, którzy popełnili samobójstwo, wynalazcy telegrafu Claude’a Chappe, co popadł w depresję i rzucił się do studni, Prousta poszukującego straconego czasu, Pereca obmyśliwującego instrukcję obsługi życia, Piaf, dziewczyny Milorda, co to nie żałowała niczego, czy pięknej aktorki Racheli znanej z najbardziej zwięzłej korespondencji intymnej do księcia Joinville, który widząc ją na scenie, przesłał bilecik: Ou`? Quand? Combien? (Gdzie? Kiedy? Za ile?). Odpowiedź była równie krótka: U ciebie. Dziś wieczór. Za darmo.
Dalej grób Victora Noira, dziennikarza zastrzelonego za krytykę Napoleona, którego nagrobna rzeźba przynosi szczęście bezpłodnym kobietom pieszczącym intymną anatomię kamiennej postaci, dzięki czemu ta błyszczy jak nadzieja nowego życia. A przecież wiemy i to nie tylko od Hioba, że człowiek zrodzony z niewiasty ma krótkie i na ogół bolesne życie, wyrasta i jak kwiat więdnie, by przeminąć niczym cień chwili. Ale warto, życie warte jest życia.

W Paryżu obok Père-Lachaise jest kilkanaście innych cmentarzy. Za kościołem Saint Pierre de Montmartre mały cmentarz Calvaire otwierają tylko raz w roku, właśnie we Wszystkich Świętych. Kilkadziesiąt zapomnianych grobów, nad którymi górują trzy drewniane krzyże. Pamięć o tych, co tam leżą, zgasła już bezpowrotnie. Z jednym wyjątkiem. Na fregacie „Kapryśnica” kołysze się duch znanego podróżnika Antoine’a de Bougainville’a przypominający, że wcale nie jest rzeczą konieczną żyć, ale żeglować. Na „Kapryśnicy” odbył morską wyprawę dookoła naszego najlepszego ze światów, wypływając z Saint-Malo ku brzegom Ameryki Południowej, dalej Cieśniną Magellana na Ocean Spokojny, gdzie odkrył kilka wysp archipelagu Tuamotu, jeszcze dalej Tahiti, Samoa, Nowe Hybrydy, Wyspy Salomona. Wracał przez Archipelag Malajski, Mauritius, Przylądek Dobrej Nadziei, aby w końcu z takąż nadzieją albo i bez niej pożeglować w zaświaty.
Powiadają, że kogoś, kto wkrótce umrze, otacza rozszerzający się krąg zmarłych, więc może już wyjdźmy z tego cmentarnego kręgu i… w drogę, bo jeszcze nie czas. Ale dokąd? Po jednej stronie Sekwany „Bal wampirów” w teatrze Mogador, wyreżyserowany przez Romana Polańskiego. Po drugiej, w muzeum d’Orsay, świętują rocznicę śmierci markiza de Sade, którego ostatnią wolą było zasypać dół z jego ciałem i zasiać na nim zagajnik, by ślad grobu, jak i pamięć o nim samym na zawsze znikły z powierzchni ziemi. Śladu po grobie nie ma, ale jego imię wciąż pachnie siarką szaleństwa i zbrodni.
– Umrę, więc jestem. A zatem idę dalej w cieniu tej wielkiej damy, bez której by nas nie było, a nazywanej bez krzty wdzięczności Śmiercią.






Najpopularniejsze

Zobacz także