X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Paryski nie-co-dziennik: Depardieu w konfesjonale

Artykuł wprowadzono: 23 listopada 2014

Angora mini
Ekstrawagancja, alkohol i szaleństwo… W Sarańsku, gdzie mieszkam, 700 km na wschód od Moskwy, zdarza mi się zatrzymać na ulicy albo na skraju pola, żeby posłuchać spontanicznego śpiewu kobiet. Nie, to nie ja porzuciłem Francję, to Francuzi się jej wyrzekli, zagubili szczęście, zatracili słuch, węch, witalność, boją się zagranicy, boją się obcokrajowców. Odkąd pracuję, dałem państwu francuskiemu 150 mln euro i nie mam ochoty płacić 87 proc. podatków. A Putin? On jest taki sam jak ja. Przybysz z daleka. Będąc szczeniakiem, nikt by na niego nie postawił złamanego grosza. W Leningradzie, gdzie się urodził i gdzie został przestępcą, mogło się dla niego źle skończyć, ale tak jak ja miał szczęście, że spotkał ludzi, którzy w niego uwierzyli. Owszem, był w KGB, to czarne monstrum, wszystkie tajne służby takie są, również w USA, Francji czy w antycznym Rzymie.


Gérard Depardieu, po tym jak rok temu wpadł w ramiona Putina i w atmosferze skandalu, ba, afery państwowej, został rosyjskim grażdaninem, znów pojawił się na pierwszych stronach francuskich tygodników: Le Point, Paris Match, Le Journal du Dimanche. Gigant kina francuskiego spowiada się ze swego życia w książce „To było tak”*. Opowiada o młodości (rzuciłem szkołę, bo oskarżono mnie o kradzież, której nie popełniłem); o ojcu (wychował mnie w totalnej wolności; Dédé, tak go nazywano, bo był analfabetą, potrafił napisać tylko dwie litery, inicjały swego nazwiska i Boga [Dieu]); o matce (pomagałem jej rodzić); o polityce (nie potrzebujemy polityków na czele państwa, lecz wielkich zarządców, Sarkozy dowiódł, że takim jest, choć robił błędy, ale zmienił się, znalazł spokój przy Carli Bruni); o Bogu (On jest wszędzie, nie potrzebuje kościoła, meczetu czy innych monumentów); o śmierci (myślę o niej cały czas, o tym, że zatrzyma moje wspaniałe życie – kilka razy udało mi się ją oszukać, jadąc na skuterze pod prąd, bez kasku, po kilku butelkach).
Od najmłodszych lat Depardieu wadził się z nieprzychylną mu rzeczywistością. Urodził się w Châteauroux, wychował w biedzie, harował, uciekał ze szkoły, włóczył się po ulicach i, będąc na progu więzienia, wyjechał do Paryża. Miał 16 lat. Działał instynktownie. Potrzebował kilku lat, by jako aktor zyskać światowy rozgłos, przychylność widzów i krytyki. Nakręcił ponad 170 filmów, niektóre wyreżyserował lub wyprodukował, zdobywał Cezary, nominację do Oscara, Złoty Glob, był na ekranie Cyranem de Bergerakiem, Dantonem, Obeliksem.
Aktorstwo mu nie wystarczało, więc spróbował biznesu, sięgając po równie imponujące sukcesy. Zatrudnia kilkaset osób w kilkunastu firmach, inwestuje w winnice i nieruchomości. Jest właścicielem zamku w Dolinie Loary, ziemi w regionie Médoc i Burgundii, w krajach Maghrebu, Europie Wschodniej i Ameryce Południowej. Pod Paryżem ma salon Yamahy, w samym Paryżu, na prawym brzegu Sekwany, dwie restauracje – La Fontaine Gaillon i Ecaille de la Fontaine, a na lewym – „swoją ulicę”, rue du Cherche-Midi, przy której pod nr. 50. – sklep rybny Moby Dick, pod 110. – japoński sklep kolonialny, pod 117. – winiarnię. Przy tej ulicy posiada też luksusowy Hôtel Chambon, 1800 mkw. z loftem, ogrodem i basenem.
Jest wolnym duchem, którego nic nie może zatrzymać – ani dramaty rodzinne, ani granice państwowe. Przeżył zawał serca i trudne relacje z synem, które śledziła cała Francja. Guillaume mógł być jak młody bóg (obiecująca kariera aktorska u boku ojca), ale porwały go demony straszniejsze niż ojca. Ucieczki z domu, kradzieże, napady z bronią w ręku, alkohol, heroina. Trudnił się prostytucją. Wyrzucano go ze szkół, zamykano w domu poprawczym, szpitalu psychiatrycznych, więzieniu. Po wypadku motocyklowym amputowano mu nogę. Marzył o roli Artura Rimbaud (też stracił nogę), ale zmarł przedwcześnie, w 2008 roku, mając 37 lat, tyle co Rimbaud.
Po śmierci syna wilczy głód życia Gérarda Depardieu znalazł ujście w ucieczce do przodu do czasu, aż długi cień fiskusa padł na jego konta bankowe i ściągnął na ziemię. Jak tysiące bogatych Francuzów wybrał podatkowe uchodźstwo i przeprowadził się do belgijskiej wioski Néchin, tuż za granicą Francji. Były premier Ayrault nazwał to żałosnym postępkiem. Aktor poczuł się urażony, publicznie stygmatyzowany przez państwo za swoją fortunę, co pobudziło jego wybuchowy temperament do dania zaskakującego spektaklu Francji – ofiarowania swego serca Putinowi i przyjęcia od niego rosyjskiego obywatelstwa.
Nie próbujcie zrozumieć naszego Gégé (pieszczotliwe określenie Depardieu) – przekonuje jeden z jego przyjaciół. Hiperaktywny i hiperwrażliwy nie zazna już ukojenia ani w rosyjskiej duszy, ani w pysze francuskiej wielkości. Sam gorzko mówi i pisze o sobie: Mając 65 lat, można trenować i żreć hormony, robić z ciałem wszystko, a i tak stajesz się rodzajem wielkiej krowy. Kiedyś nie lubiłem być sam, źle znosiłem samotność, teraz, odwrotnie, znoszę ją doskonale, znajdując w niej schronienie. Wiem, że starość jest uciążliwa, ale nie można pozwolić, aby nadpsuła duszę. Trzeba iść dalej, tam, gdzie można jeszcze marzyć.
*Gérard Depardieu, Lionel Duroy: ça, c’est fait comme ça.






Najpopularniejsze

Zobacz także