X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Nowa pasja Zachodu

Artykuł wprowadzono: 6 września 2014

Angora mini
Paryski nie-co-dziennik

Ja medytuję, ty medytujesz, my medytujemy… To GPS dla umysłu, nowy muskuł mózgu, fenomen społeczny i sukces marketingowy. Na okładce opiniotwórczego, wielonakładowego, ba! politycznego tygodnika L’Express tytuł – „Medytacja, nowa pasja Zachodu”, w Gazecie Niedzielnej – „Medytacja, również dla dzieci”, we wrześniowym Books specjalne dossier – „Joga i medytacja”. A są jeszcze pisma specjalistyczne i popularnonaukowe, zajmujące się tym tematem i niezliczona liczba publikacji książkowych. Skąd ten zachwyt, moda, koniunktura na praktykę starą jak świat, której copyright należy do Buddy?


Medytacja dawno przestała być tajemnicą tybetańskich mnichów, a stała się praktyką mainstreamową, by użyć współczesnej lingua franca. Slogan „Rok 2014 rokiem medytacji” najbardziej wpływowej witryny newsowej The Huffington Post dobrze oddaje jej miejsce w kalejdoskopie zachodniego świata. Jest dla umysłu tym, czym gimnastyka dla ciała – obecna w szkołach i uniwersytetach, amerykańskiej marynarce wojennej, paryskim szpitalu Sainte-Anne i w Westminsterze, gdzie brytyjscy parlamentarzyści i lordowie od dwóch lat, co czwartek wieczorem spędzają godzinę na kursach medytacji. Podobną praktykę zapowiedziały parlamenty Holandii i Szwecji.
Duchową praktykę rodem z Azji zaszczepili na Zachodzie trzej ludzie Orientu: Japończyk Deshimaru, Tybetańczyk Trungpa i Birmańczyk Goenka. Pierwszy osiadł w Paryżu w 1967 roku, zanim założył dwieście dojo zen na świecie, drugi przemierzył Atlantyk i przerzucił pierwsze mosty między medytacją a nauką, trzeci w chwili śmierci w 2013 roku zostawił dziedzictwo 154 centrów Vipassana (to słowo oznacza wgląd, widzenie rzeczy takimi, jakimi są).
Prostotę medytacji, jej zalety i zawiłości pozytywnego oddziaływania na mózg tłumaczy na łamach L’Express Matthieu Ricard, francuski naukowiec z zakresu genetyki. Z okładki paryskiego pisma patrzy na czytelników niczym Bruce Willis. Bo i on jest gwiazdą, może niekoniecznie nauki, ale buddyzmu. Ten tybetański mnich, bliski Dalajlamy, autor klasycznej książki Sztuka medytacji, przemierza świat, aby propagować tę formę treningu mentalnego, skierowanego na zrozumienie działania umysłu, żeby, jak twierdzi, lepiej kierować swoimi myślami i emocjami, nie być przez nie miotanym jak przez wiry wezbranej rzeki. I nie chodzi o to, by łączyć się z czymś, co nas przerasta, bo to nie religia, kontynuuje mnich, no, może z wyjątkiem pierwszego znaczenia tego słowa – religare, więź, połączenie – ale z samym sobą, by wejść w kontakt z nieznaną częścią siebie samego i zmienić sposób widzenia rzeczy, siebie, innych.

Mózg modyfikuje się, kiedy jest eksponowany na sytuacje nieprzewidziane. Połączenia między neuronami wzrastają albo maleją, a w pewnych sytuacjach mózg fabrykuje nowe neurony, i to niezależnie od wieku. Właśnie pod wpływem medytacji, która na swój sposób restrukturyzuje mózg, ułatwia naukę i kontrolę nad emocjami, poprawia koncentrację i system immunologiczny, nawet działa na geny predysponujące nas do danego typu charakterologicznego. – Byłem zrzędzącym introwertykiem – zwierza się doktor Ricard. – Medytacja mnie zmieniła, co zauważyli moi bliscy. Ale to długi czas praktyki. Trzeba jak atleta codziennie trenować, wtedy zalety są spore, a koszt żaden. Praktykować można wszędzie, potrzebne są tylko regularność i wytrwałość.

Prawdziwy wzlot medytacji zaczął się w latach 70., kiedy amerykański profesor Jon Kabat-Zinn opracował na Uniwersytecie Massachusetts metodę redukcji stresu wokół Mindfulness Based Stress Reduction (MBSR). Słowo „medytacja” zastąpił angielskim „mindfulness” (uważność, pełna obecność, świadomość). Stworzył laicką wersję buddyjskiej medytacji, duchowość bez krzty egzotyki, zanurzoną w nauce i wykorzystującą ciszę jako instrument pracy nad sobą. Pod Nowym Jorkiem założył słynny Omega Institute przyjmujący tysiące osób na stażach tzw. praktyki formalnej (tak nazywa medytację).
Paradoksalnie, współczesna hiperkomunikacja zredukowała nasze kontakty z innymi i naturą rzeczywistości. Medytacja przywraca je, bo to nie ucieczka od rzeczywistości, ale efektywne podłączenie się do niej. Obecny kryzys nie jest kryzysem technologicznym, a ludzkim. Nic dziwnego, że medytacja trafia do biznesu. – W naszej branży jesteśmy mocni na poziomie nanotechnologii, ale na poziomie emocji jesteśmy jak niepełnosprawni – słychać głosy menedżerów w jednym z paryskich ośrodków mindfulness. My tu nie medytujemy nad biznesplanami, my tu pracujemy nad ciałem, emocjami, myślami. Wciągamy się w praktykę, która uwalnia z przeszłości i przyszłości, a przywraca nas teraźniejszości. Żeby ją posiąść, trzeba zapanować nad swym umysłem, przenieść całą uwagę na odczucia niewerbalne (praktyka formalna).
W tym nadsekwańskim ośrodku biznesmeni konfrontują się z sobą samym, bez pomocy zewnętrznych oznak władzy czy społecznych rekwizytów. Przyglądają się sobie jak obcemu, przestrzenni, wyciszeni, zakotwiczeni w realności tu i teraz. Chwila po chwili. Wdech za wydechem. Jak żaba uważni – kum, kum, kuuum…






Najpopularniejsze

Zobacz także