X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Nostalgia Olympii

Artykuł wprowadzono: 19 lipca 2014

Angora mini
Paryski nie-co-dziennik

Lubię włóczyć się wielkimi bulwarami – śpiewał Yves Montand. Mnie taka włóczęga zaprowadziła na bulwar Kapucynów, gdzie pod nr 28. mieści się Olympia. Legendarny music-hall obchodzi 60-lecie. Dwa tysiące miejsc i aż trzy miliardy widzów w tym czasie. Na fasadzie zapowiedź: „Ecran live, największe koncerty na wielkim ekranie: Stonesów, Zeppelinów, Doorsów z Morrisonem, Brela, Brassensa, innych – dwa seanse dziennie, od 16 do 27 lipca”. W ten sposób Olympia wraca do swych pradziejów, bo kiedyś mieściła jedno z piękniejszych kin Paryża.
– Grzechem jest nie posłuchać Georges’a Brassensa, można go nie lubić, ale posłuchać trzeba – namawia Jacques Brel. Więc słucham. Wielki, ociężały, z grubym wąsem. Na scenie porusza się jak niedźwiedź z gitarą, z której wyszarpuje kuplety Złego wychowania, Kumpli przede wszystkim, Zakochanych na miejskich ławeczkach. Anarchizujący poeta i kompozytor, samouk, co nie kończył szkół, wyrzucony już z gimnazjum za udział w ulicznych bandach. – W końcu zostałem Brassensem, ale równie dobrze mogłem być drobnym gangsterem – wspomina w jednym z wywiadów. Proponowano mu członkostwo Akademii Francuskiej, lecz nie widział się w kapeluszu akademika, choć Grand Prix Akademii w dziedzinie poezji przyjął. Uchodził za najodważniejszego barda, ale i najbardziej nieśmiałego. Zżerała go trema, potrzebował suflera na scenie, lecz nigdy nie śpiewał z play backu. – Przed publicznością jestem jak 16-letni smarkacz, co pierwszy raz śpi z dziewczyną – tłumaczył swe sceniczne zachowanie. Krótko mieszkał przy placu Denfert Rochereau, gdzie za sąsiada miał Brela.



Tak, to ten głos: naznaczony alkoholem i nikotyną, drapieżny, liryczny. Twarz mokra od potu, płonące oczy, falujące ciało. Jacques Brel. Zżerany przez raka płuc, jak zraniony ptak szukał miejsca, by umrzeć daleko od wszystkich, gdzieś na dalekiej, zagubionej wyspie. Znalazł taką – Hiva Oa na ukochanych Markizach. Brel nie miał łatwego charakteru. Targany sprzecznościami, stale odczuwał niepokój, który gnał go zuchwale przed siebie. – Ludzie ostrożni, mawiał, to ludzie kalecy. Sam raz uchodził za dziecięco naiwnego, innym razem za zepsutego libertyna, za człowieka uroczego lub brutalnego, skromnego albo nieznośnie zarozumiałego. Bywał obrazoburczy, cyniczny, szyderczy. W swej dyskografii miał znamienną piosenkę opisującą świat jako wytwór szatana (Diabeł). Jego światowa kariera zaczęła się od utworu Gdy ma się tylko miłość, a przejmująco zaśpiewane błaganie Nie opuszczaj mnie uczyniło go nieśmiertelnym. Ten utwór nagrało i zaśpiewało kilkuset artystów w kilkudziesięciu językach. Były wersje w narzeczach afrykańskich i jidysz, a wśród interpretatorów nie zabrakło gwiazd Olympii.
Na afiszu Olympii najczęściej pojawiał się Gilbert Bécaud, aż 27 razy, a Joséphine Baker najdłużej się na nim utrzymała – 8 miesięcy. Jej występom towarzyszyła najliczniejsza trupa artystów z Moulin Rouge, Lido i Casino de Paris – łącznie 140 osób. Najskromniejszy zespół miał Leonard Cohen. Wystąpił sam, po północy, przy nadkomplecie. Ci, dla których zabrakło miejsc, siedzieli na podłodze i wokół niego na scenie, a on ze swych trzewi wydobywał zawodzące słowa poetyckiej skargi. Że wszystko mija, że nic nie wraca.
Magię legendarnej sali z olbrzymim balkonem i charakterystyczną co wieczór podnoszoną czerwoną kurtyną, tworzyły niezapomniane koncerty. Krótkie, długie, czasem bolesne. Billie Holiday była tak obolała, że wytrzymała 20 minut na scenie. Nie pomógł ani gin, ani wyszukane sposoby podtrzymania jej bezwładnego ciała. Entuzjastycznie zachęcana zdołała zaśpiewać Billie’s Blues, po którym oddała się we władanie alkoholu. Rok później zmarła. Z kolei Janis Joplin przyszło wyśpiewać słynne Summertime Gershwina zaledwie dla 300 osób. W prasie ukazały się recenzje: brzydka, zniewalająca, wstrząsająca, fascynująco pije głębinową whisky. Żyła krótko, 27 lat. Jak Jimi Hendrix, leworęczny wirtuoz gitary, debiutujący tu w 1966 roku w pierwszej części koncertu Johnny’ego Hallydaya, który odkrył go kilka dni wcześniej w londyńskim klubie. Albo jak Jim Morrison, lider hipisowskiej grupy The Doors, który po nagłych zgonach Joplin i Hendriksa w odstępie dwóch tygodni, powtarzał, że on będzie tym trzecim. Też przeżył zaledwie 27 lat.
Morrison śpiewał w Olympii w roku swej śmierci, w 1971. Archetyp rockowej gwiazdy, anarchista, symbol seksu i pokoleniowej rewolty przeciwko zakłamanym instytucjom i mieszczańskiej stabilizacji dorosłych. W subkulturze buntu mieścił się gdzieś między Burroughsem a Ginsbergiem. Nazywał siebie politykiem erotyzmu podążającym za utopijną wizją kosmicznej miłości w Ameryce dzieci kwiatów, LSD i Wietnamu. Łączył muzykę z szamańskim rytuałem. W tekstach wielbił Rimbauda, Artauda, Kerouaca. Na długo przed głośnym raperem Eminemem symbolicznie zabił ojca, admirała marynarki wojennej, i zgwałcił matkę w utworze wykorzystanym później w filmie Coppoli „Czas Apokalipsy”. Alkoholem oswajał lęk przed śmiertelnym upadkiem swej „spadającej gwiazdy”. W lipcu znaleziono go martwego w wannie paryskiego mieszkaniu przy Beautreillis 17, niedaleko Bastylii. Ostatnią noc przebalował w klubie Rock and Roll Circus, gdzie przedawkował heroinę.
This Is The End – śpiewał, nim pochowano go na Pe`re-Lachaise. Czerwona kurtyna opadła. Dawno i nieprawda. Zostawiam bulwar Kapucynów i mit Olympii. Przede mną inne bulwary. Tam idę po to, żeby dalej iść.






Najpopularniejsze

Zobacz także