X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Miasto w mieście – Sercem „osiemnastki” jest Montmartre, dla wielu serce całego Paryża

Artykuł wprowadzono: 26 lipca 2014

Paryski nie-co-dziennik
Angora mini
Sercem „osiemnastki” jest Montmartre, dla wielu serce całego Paryża. Rocznie pielgrzymuje tu pięć milionów turystów, by dotknąć „nędzy usłanej różami”, legendy artystycznej bohemy, co w euforii i buncie oraz uścisku kochanek o oczach zielonego absyntu zrzucała obyczajowe jarzmo i akademicką sztukę. Wzgardzeni artyści, wolni wolnością, którą nie da się nasycić, tworzyli nową sztukę. Pozostały po nich pacykarskie obrazki `a la Utrillo wciskane turystom przez nową, już tę zamożną, mieszczańską cyganerię bo-bos (bourgeois-bohéme).
Nazwę najwyższego wzniesienia Paryża wywodzi się albo od starorzymskiego Mont Mars (Wzgórze Marsa), albo chrześcijańskiego Mont Martyr (Wzgórze Męczennika). Jedna ze świątyń była poświęcona Marsowi, a męczennikiem był święty Dionizy, pierwszy biskup Paryża, ścięty przez pogańskich Rzymian. Dionizy zdołał jednak podnieść głowę i iść dalej. Ta wersja bardziej przekonuje swą alegorią, gdyż unoszenie głowy znad doczesnego rynsztoka bliskie jest nie tylko życiu na Montmartrze.



Dolny Montmartre spływał trucizną pijaństwa i rozwiązłości. Mdły, zepsuty, wulgarny bardziej odpychał, niż uwodził. Ale odpychał podstępnie. Jak rozpusta, co smakuje dzień lub noc, a zostaje się przy niej latami. Czas traci miarę, a pieniądz wartość. I tak znikają w upojeniu winem i bezsennością, miażdżone choćby przez Czerwony Młyn, zbudowany na ruinach „Balu Królowej” przez rzeźnika o nazwisku Fidler. Ów Moulin Rouge przypominał wielki dom publiczny. Sławny dzięki najbrzydszemu paryżaninowi Toulouse-Lautrecowi, który, przedkładając życie cygana nad arystokraty, niemal w nim zamieszkał. Upijał się absyntem, malował i uwodził tancerki, wtedy jeszcze amatorki, w dzień praczki lub krawcowe, które wieczorami przeobrażały się w diaboliczne kankanistki. Miały niezbyt wyszukane sceniczne imiona, jak Kratka Ściekowa (Grille d’Egout) czy Żarłoczka (La Goulue). Ta druga zyskała sławę królowej kankana, lecz królowała krótko i po abdykacji została służącą w burdelu. Pochodziła z małej ulicy La Goutte d’Or (Kropla Złota), która dała nazwę wschodniej części XVIII dzielnicy, gdzie żyje dziś kilkadziesiąt narodowości: marokańscy rzeźnicy, senegalscy sklepikarze, hinduscy piekarze, restauratorzy z Antyli, prostytutki z Ghany, barwne społeczności z Konga i Afryki Zachodniej z domieszką ludności tahitańskiej, południowoazjatyckiej, innej.
A w Czerwonym Młynie ciągle tańczy się kankana, ale już tylko dla turystów. W porównaniu z sąsiednimi „sekskabaretami” stał się on wręcz purytańskim przybytkiem. Teraz inne czerwone neony peep i sex barów przypominają o tradycyjnej deprawacji Wzgórza. Zostają za mną, bo przede mną górny Montmartre. Wspinam się tam ulicą Lepic. Mijam brasserie „Dwa Młyny”, znaną z filmu Amélie Poulain i atelier van Gogha pod nr. 54, którego wystawa bije tego lata rekordy frekwencji w Muzeum d’Orsay. W okolicy dużo jest historycznych atelier: Renoira, Degasa, Cézanne’a. Na poddaszach rodził się impresjonizm, fowizm, kubizm, a w lombardach wisiały niechciane obrazy Modiglianiego.
Obok plac Émile Goudeau. Mały skwerek. Siadam na ławce i wpatruję się w nr 13. Bateau-Lavoir – ta nazwa obiegła świat. Pod tym numerem mieściła się przystań malarzy o pustych brzuchach i genialnych pędzlach. Tu Picasso poznał Chagalla, Matisse’a, Braque’a, tu przeżył swój błękitny i różowy okres, tu przyprowadzał piękną Fernandę Olivier, która zastąpiła mu uliczne dziewczyny, tu przywołując wspomnienia barcelońskich prostytutek, namalował najsłynniejszy obraz XX wieku, nazwany „Burdelem z Awinionu”, potem „Burdelem filozoficznym”, w końcu „Pannami z Awinionu”.



Wracam na krętą Lepic, na której stało kiedyś kilkanaście wiatraków. Został ostatni, Moulin de la Galette, świadek dawnej epoki. Pobłądziłem w czasie i przestrzeni. Uwiodły mnie światła starych latarni, brukowane zakątki. Trudno wydostać się z labiryntu uliczek. W końcu jest. Daleko bieli się kopuła bazyliki Sacré-Coeur wzniesiona dla odkupienia upadku ducha. Już trafię na skrzyżowanie ulic St.-Vincent i des Saules. Po jednej stronie cmentarz, na którym leży Utrillo, po drugiej mała winnica, po trzeciej kabaret Au Lapin Agile, a po czwartej mały zaułek Dorgel`esa, który przeszedł do historii sztuki kpiną z zarozumiałych surrealistów. Zmusił osła, by ogonem namalował obraz „Zachód słońca nad Adriatykiem” i „dzieło” zwierzaka sprzedał za 400 franków, za kwotę, o jakiej niektórzy ówcześni malarze nie mogli nawet pomarzyć. Nawet obrazy Picassa niewiele były warte. Jednym z nich, z serii Arlequiny, ledwo zapłacił rachunek w Lapin Agile, w którym bywało, że Renoir i Verlaine podawali do stołu, a Apollinaire z Maxem Jacobem po kilku absyntach śpiewali heroiczną poezję. To była mocno kołysząca się oberża, w której do dziś wisi Chrystus pod opieką dwóch złodziei z Golgoty.
Najwyższy punkt Montmartre’u. Kończy się ulica des Saules, a na lewo zaczyna najstarsza rue Saint-Rustique. Wąska, brukowana z rynsztokiem pośrodku znikającym w cieniu ślepych murów. Nad rynsztokiem siwe niebo mruczy ostatnie słowa wisielca Nervala: Jest noc, nie czekajcie na mnie…
Wracam. Poszukam schodów, by zejść ze wzgórza wioski Montmartre. Są! 298 stopni. Pierwszy, drugi, trzeci… Jeszcze trochę potrwa, nie czekajcie.






Najpopularniejsze

Zobacz także