X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Labirynt nowoczesności

Artykuł wprowadzono: 14 września 2014

Paryski nie-co-dziennik
Angora mini
Nie liczy się co, liczy się jak. Nie o podpatrywanie natury tu chodzi, lecz autonomię obrazu. Nie o narrację, a eksperyment. Liczy się dyktat oryginalności i prowokacja, prymat idei, języka, efemeryczności nad przypadkowym obiektem estetycznym. Nowoczesność w rodzaju dadaistycznego Tak, co równa się Nie. „Nowoczesność zwielokrotniona 1905 – 1970” (Modernités plurielles 1905 – 1970) – zatytułowano wystawę w Centrum Pompidou, otwierającą jesienny sezon sztuki, czynną do końca stycznia 2015.


Takie jest jej założenie, megaambitne. Prezentacja sztuki nowoczesnej zwielokrotnionej przez formy kreacji ze wszystkich kontynentów. Centra sztuki światowej połączono z ruchami zrodzonymi w związku z awangardą – lub w reakcji na awangardę, a również z lokalną ekspresją nieartystyczną. To wizja sztuki odnowionej i rozszerzonej na świat cały z jego peryferiami. Sztuka wielkich i uznanych artystów, uniwersalna, emblematyczna dla dziesiątków izmów, ale i ta nieznana, hybrydalna, tubylcza. Ponad tysiąc dzieł 400 artystów z 41 krajów wyznacza trasę wystawy, co biegnie przez 42 sale mieszczące jakby własne mikroekspozycje wielkich konstelacji estetycznych.
Trudno nie pobłądzić w tym labiryncie nowoczesności. Po obrazach orientuję się, że jestem gdzieś między Miró a de Staëlem. Pierwszy, Katalończyk Joan Miró, stworzył fantastyczny świat malarskich poematów z pogranicza abstrakcjonizmu i surrealizmu, świat inspirowany dziecięcą kreską. Słońca, księżyce, plamy i kreski, znaki lekkie, wolne, przestrzenne wibrują jak marzenia senne. Monochromatyczna animacja przywołuje obecność nocy, której optyczna pustka nie jest odczuwana jak nieobecność, ale jak bliskość absolutu.
Inna jest pustka Nicolasa de Staëla. Ten alchemik śmierci na jej granicy szukał harmonii. W złamanej bieli. Kiedy ją nożem nakładał na płótno, morze stawało się czerwone, niebo żółte, plaża fioletowa. Czynił magiczne, rytualne, destrukcyjne gesty malarskie, wierząc, że panuje nad demonami wyobraźni. Z chropowatej faktury płótna wydobywał niknące resztki rzeczywistości, niknące kontury butelek, kwiatów, cyprysów, aktów, dachów, ptaków, świątyń, morza, statków, chmur, horyzontu, nieba, otwartych przestrzeni, aż znalazł się za blisko słońca, no i za daleko ziemi. Upadł niczym Ikar, rzucając się z dachu swej pracowni, nie kończąc „Koncertu”, ostatniego obrazu swego krótkiego życia.
Dalej jest gwałt na ciele. Obrazy Bacona i Picassa – kolejna nić labiryntu. Francis Bacon przedstawia ciało jako ideę ludzkiego mięsa. Lśnią różem obrzęku, czerwienią krwi, czernią szpetoty znikającej w hebanowym paroksyzmie rozkładającej się mazi. Człowiek go fascynuje, napawa lękiem, odpycha i przyciąga zarazem. Ciało torturował, deformował, rozciągał, rozgniatał, wyjmował kości, aż osiągnął wymiar szyderczy i wstrząsający, wymiar samotniczej, tajemniczej zwierzęcości, jaka tkwi w każdym homo sapiens. Ocalił jedynie jego konotacje seksualne, upiorne, otwartych ust i zębów – fragment przedśmiertnie obnażonej czaszki.
Inaczej Picasso, który dokonując kubistycznego gwałtu na trójwymiarowości przedmiotu, widział w seksualnych konotacjach deformowanych przez siebie ciał źródło życia, nie śmierci. Kobieta była jego formą, linią, kolorem – konstruował ją i dekonstruował, czerpał z jej seksualności, przekonując, że prawdziwa sztuka jest przede wszystkim podszyta erotyką.
Brnąc dalej w ten labirynt sztuki, natrafiam na antypody art déco i art brut. Z jednej strony sztuka dekoracyjna z jej ikoną Tamarą Łempicką – wyszukana elegancja, cynizm, luksus i dekadencja. Starannie ufryzowane kobiety, pożądliwe, młode, piękne dobrze oddają atmosferę rodzącego się wyzwolenia seksualnego. Ciała witalne, erotycznie upozowane, odrywają się od surowego tła rozproszonych kształtów geometrycznych brył. Obrazy naznaczone postkubizmem zyskały miano kubizmu salonowego. Nonszalancka siła granicząca z kiczem.
Z drugiej strony Jean Dubuffet, malarz katakumb, pierwotnych emocji, apologeta wykolejeńców, obrazoburca, wróg muzeów i malarstwa sztalugowego. Robił kolaże ze skrzydeł motyli, budował jaskinie z syntetycznych żywic, ugniatał rękami błotniste obrazy. Art brut, sztuka marginesu – nią się inspirował, twórczością chorych psychicznie, przestępców, dzieci. Miała dla niego więcej treści niż większość obrazów, jakimi wypełnia się muzea i galerie. Jego zdeformowane korpusy na cienkich kończynach, gnomy, zwierzęta nawiązują do miejskich graffiti. Przez jednych okrzyknięty geniuszem i prekursorem nowego prądu w sztuce, przez innych szarlatanem i oszustem tworzącym „błotniste gówniane bohomazy”.
Dalej mijam Picabię, Légera, Matisse’a, van Dongena, Delaunayów, Deraina, Grisa, Giacomettiego, Klee, Arpa, Man Raya, Malewicza, Mondriana, Modiglianiego, Chagalla, Ernsta, de Chirico, Dalego, Japończyka Fujitę, Chińczyków, Afrykanów… Stop! Jest Duchamp. To on ogłosił kres malarstwa, że po nim już tylko zabawa w malowanki. Dziś każdy może być artystą, przekonuje Beuys. Sztuki czy antysztuki – nieważne. Ważne jak, a nie co.






Najpopularniejsze

Zobacz także