X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Książęta Nocy

Artykuł wprowadzono: 24 maja 2014

Paryski nie-co-dziennik

Druga nad ranem. Za oknem odgłosy paryskiego półświatka. Przywołując w pamięci zmarłego 15 lat temu, 28 maja, Jana Lebensteina, dosięgła mnie wiadomość o innej śmierci – Marka Nowakowskiego, piewcy warszawskiego półświatka. Obaj zaglądali do podziemi wielkiego miasta, nocnych barów, melin, burdeli. Pierwszy – Paryża, drugi – Warszawy. Włączyłem dyktafon, by posłuchać głosu pisarza.
– Wie pan, jestem już jedynym z żyjących pisarzy, który tutaj najwięcej książek wydał. W pewnym okresie mojego życia Giedroyc był moim jedynym wydawcą, wspaniałym wydawcą. Mój romans z „Kulturą” zaczął się w 1969. To paradoks, ale to tu po raz pierwszy zobaczyłem Polskę niepodległą. Paryż, obce miasto, obcy świat – a tu Polska. I to nie Polska przeszłości, która płacze nad utraconym rajem, ale Polska jak Kuźnia Kołłątajowska, szykująca się do przyszłości, do niepodległości, która wtedy wydawała się utopią.


Rozmawialiśmy w podparyskim Maisons-Laffitte, w ogrodzie domu „Kultury”, gdzie odbywało się spotkanie współpracowników Jerzego Giedroycia z okazji setnej rocznicy urodzin Redaktora. Marek Nowakowski, mistrz krótkiej formy narracyjnej, należał do „zakonu wolnych pisarzy” – funkcjonował poza zasięgiem władz, należąc do antykomunistycznej opozycji. Przy szklaneczce whisky autor „Księcia Nocy” i „Homo Polonicusa” opowiadał o kontaktach z Giedroyciem i przyjaźni z Markiem Hłaską. Do rozmowy włączali się Leopold Unger i Toni Miłosz, syn nieżyjącego już Czesława Miłosza. Nie żył też Jan Lebenstein, choć jego twórczość była obecna w jednym z pokoi na piętrze domu „Kultury”.
Wracam do Lebensteina. Przyjaźnił się on z Miłoszem, w którego przekładzie ilustrował Księgę Hioba. Ale nie miał wielu przyjaciół, był samotnikiem. Stronił od paryskiej awangardy, zarzucając jej uprawianie sztuki pseudointelektualnej, w której najpierw wymyśla się interpretację, a dopiero później kreację. Nie ścigał się ze „stadnym pędem ku pseudonowoczesności”. Jego droga do nowoczesności prowadziła paradoksalnie wstecz, przez mroki prehistorii i kręgi kultur starożytnych. Stąd inspiracji szukał w podziemiach Luwru, pośród sztuki Mezopotamii, Babilonu, Sumeru, Akadu, Hellady.
Z podziemi Luwru, jego mroków przeszłości, zaglądał na tętniącą publiczną gorączką ulicę czerwonych latarni Saint-Denis. Powstaje cykl „Sweety Barów”, klatek-celi zawieszonych między życiem a śmiercią. Oniryczny trans, halucynacja, stan seksualnego wyobcowania, okrucieństwo. Karykaturalne kobiety obnażają się do granic swych wnętrzności. Obnażają miłość przed karykaturalnie męską fizjologią zwierzęcości. Skurcz miłości, skurcz śmierci. Z Lebensteinem schodzimy do grobu miłości. Lecz to inne „groby” przyniosły malarzowi rozgłos – tzw. figury osiowe wykonane z chropowatej materii, przywołujące archaiczne totemy, monumentalne, wyabstrahowane z umarłego tła. Są jak strażnicy przemijania.
Później nastąpiła kolejna metamorfoza. Przemiana „figur osiowych” w nową serię „Bestiarium”, stworów ludzko-zwierzęcych, ani zwierząt, ani ludzi, a obiektów przetworzonych przez czas. Bestie z mroku jaskiń zastygłe w antropologicznym skurczu i w tym skurczu nabierające cech ludzkich. Formy mroczne, demoniczne, sylwety archaiczne, ludo-bestie toczące odwieczny spór z Erosem i Thanatosem, spór eschatologiczny o ewolucję, o ostateczną przemianę człowieka. Egzystencjalny dramat wpisany w iluzję malarskiej przestrzeni i światła. Tropienie demonów i oswajanie śmierci. Tęsknota za pełnią bytu, za wyzwoleniem z nicości.
Jana Lebensteina, malarz z Brześcia nad Bugiem, większość życia spędził w Paryżu, penetrując nad Sekwaną ciemne strony ludzkiej duszy. Po raz pierwszy przyjechał do Francji pod koniec 1957 roku, gdzie dwa lata później zdobył Grand Prix na Biennale młodych. Otrzymał stypendium i podjął decyzję o emigracji. Związał się z prowadzonym przez ojców palotynów paryskim Centrum Dialogu przy ulicy Surcouf, wokół którego skupiała się polska emigracja artystyczna. W kaplicy palotynów wykonał witraż przedstawiający Apokalipsę.
Zaklinanie Apokalipsy. – To jedyna rzecz, która na pewno się spełni. Mity… archetypy… to nasze jedyne dziedzictwo i nasz grób – pisał pod koniec życia. Przeżył 69 lat. Umarł w Krakowie, powiększając krąg największych artystów demonologów.
Za oknem poszarzało. Umilkły odgłosy paryskiego półświatka zastąpione niepewnym świergotem ptaków. Jeszcze raz nacisnąłem przycisk dyktafonu. Głos Wojciecha Fibaka: – Tak, przyjaźniłem się z Janem Lebensteinem, pełnym ogromnej miłości do życia, moim zdaniem jednym z najwybitniejszych polskich artystów XX wieku, mieszkającym i malującym w paryskiej dzielnicy Marais. Gdyby sztuka była tak wymierna jak tenis, to Lebenstein pewnie byłby tak sławny jak Jean Dubuffet. Jestem największym na świecie kolekcjonerem obrazów Lebensteina, do dzisiaj kupuję wszystkie jego obrazy, jakie pokazują się na aukcjach.
Angora mini






Najpopularniejsze

Zobacz także