X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Szaleństwo drugiego pilota – Tygodnik Angora

Szaleństwo drugiego pilota – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 28 marca 2015

Wtorek 10 rano. Barcelona. 144 pasażerów patrzy przez okrągłe okienka airbusa A320 tanich linii Germanwings, filii Lufthansy, na znikające miasto Gaudiego. Nie wiedzą, że nigdy już tam nie wrócą. Na pokładzie jest też sześciu członków załogi. Godzina 10.51. Samolot leci do Düsseldorfu, ale u stóp Alp Prowansalskich maszyna zaczyna z 12 tysięcy metrów schodzić coraz niżej. Dwie minuty później znika z radarów.



Starszy pan, korzystając z wiosennego słońca, naprawia w szopie drobne usterki, jakie pozostawiła po sobie zima. – Nad głową przeleciał mi samolot. Zastanawiałem się, dlaczego tak nisko. Mogłem zobaczyć twarz pilota w kabinie – mówi. Jean-Christophe Lombard ma 28 lat. Rozrzuca nawóz na polu. Gdy żandarmeria zjawia się w kilkadziesiąt minut po katastrofie Jean-Christophe proponuje, że zaprowadzi ich na pobliską przełęcz. Zna tę okolicę jak własną kieszeń. Od wiosny do jesieni pasie tam krowy. A samolot rozbił się po drugiej stronie górskiego grzbietu. Jedzie quadem. Za nim żandarmi terenówką. Dojeżdżają na przełęcz. Dalej już tylko orły… Strome, skalne ściany opadają w głęboką dolinę, w której słońce zachodzi już w południe, kryjąc się za ścianą po jej drugiej stronie. W dolinie, w XIX wieku było wiele domów. Dzisiaj to dzikie odludzie. Najbliższe wsie to kilkadziesiąt domów rozsiadłych się dookoła starych barokowych kościółków, położone w odległości kilku godzin marszu od doliny. Tam trzeba się jakoś dostać. I dostają się. Organizacja jest imponująca. – A przecież to nie jest akcja ratunkowa, bo tam nikt nie przeżył, więc o ratunku mowy być nie może. Chodzi o zebranie ludzkich szczątków. No i materiałów do dochodzenia – mówi wysoki rangą jeden z szefów żandarmerii.

W ciągu kilku godzin pole koło wsi zamienia się w lotnisko. Biało-granatowe śmigłowce żandarmerii, czerwone – straży pożarnej, pomarańczowo-żółte obrony cywilnej. Zakwitają czasze gigantycznych namiotów. Są ratownicy górscy. Następnego dnia przybędzie setka strzelców alpejskich z Gap i funkcjonariusze Interpolu. Bo katastrofa ma międzynarodowy wymiar. Wśród 144 pasażerów są przedstawiciele 15 narodowości, ale większość to Niemcy i Hiszpanie. Sporo Turków. Szesnaścioro niemieckich gimnazjalistów wracających z wymiany językowej w Hiszpanii. – A mogło być inaczej – płacze 15-letnia Hiszpanka. Jedna z niemieckich uczennic zapomniała portfela i dokumentów. Zorientowała się dopiero na lotnisku. Hiszpańska rodzina, u której mieszkała, wsiadła do samochodu i jadąc na łeb na szyję przywiozła dziewczynie papiery. – Żeby nie opóźniła grupy. Nie opóźniła. Ona i inni mogli dzięki tej wielkiej uprzejmości wsiąść do samolotu Airbus A320. Czasami warto zapomnieć paszportu. Więcej szczęścia mieli piłkarze III-ligowej drużyny kurdyjskiej ze Szwecji. W Barcelonie byli na stażu. Mieli wsiąść do samolotu, gdy zorientowali się, że w Düsseldorfie musieliby zbyt długo czekać na połączenie ze Szwecją. Zapada decyzja. Rozdzielają się na trzy grupy i lecą przez Monachium i Zurych, bo dla wszystkich biletów na jeden samolot nie ma. – Jak wylądowałem w Monachium, to w moim telefonie była setka sms-ów od rodziny i przyjaciół. Pomyślałem sobie, o co chodzi? Za chwilę się dowiedziałem – mówi prezes klubu FF Dalkurd. Im się udało. Wśród ofiar jest obywatel Polski, jedno z dwóch niemowląt na pokładzie. Mama, Hiszpanka, a ojciec jest Polakiem mieszkającym w Manchesterze. Maleństwo nie miało pojęcia, że ma polski paszport. Wracało z matką z Hiszpanii z pogrzebu.

Zejście do piekła
Dostać się tutaj można, przedzierając się przez wąskie ścieżki pokryte grubą warstwą śniegu. W każdej chwili mogą na nie zejść lawiny. W źlebach czai się biała śmierć. Żandarmi i ratownicy to znają. Ale w te góry trzeba przewieźć speców od analiz lotniczych. Oni nie mają pojęcia, jak się poruszać w warunkach wysokogórskich. Zapada decyzja. Śnieżne drogi trzeba odpuścić. Trzeba się tam dostać inaczej. W dolinie, w której rozbił się A320, śniegu już nie ma, szarość stromych skał, tylko muflony harcują tu bez narażania życia. Ekipy są opuszczane ze śmigłowców. Kilkanaście ważek kołuje nad miejscem katastrofy. Nieprawdopodobnie szybko w tych ekstremalnych warunkach odnajdują czarną skrzynkę. Jest niemal w połowie złamana. Ale to, co jest w niej zapisane, da się odczytać. Bo to ta z dwóch skrzynek, która jest wersją „audio” tego wszystkiego, co się działo w kokpicie. Ta druga mówi o technicznych danych lotu. 48 godzin później Biuro Badań Wypadków Lotniczych zna już odpowiedź. Ale zgodnie z francuskim obyczajem nie chce nic powiedzieć, „żeby nie rzucić jakiegoś komentarza bezmyślnie i nieodpowiedzialnie”. Tymczasem „przeciek” dociera do „New York Timesa”. „W kokpicie w chwili katastrofy była tylko jedna osoba – drugi pilot”. Oficjalna strona francuska milczy. Zatkało ją, w jaki sposób Amerykanie dotarli do zazwyczaj zazdrośnie strzeżonego skarbca informacji, które Biuro sączy niemal półsylabami.

Prokurator z Marsylii
Hipotez jest wiele. Akt terrorystyczny raczej wykluczony. Samolot nie eksplodował w powietrzu. Awaria też mało prawdopodobna, bo nie pikował jak zestrzelony. Może nastąpił nagły spadek ciśnienia w kabinie i piloci stracili przytomność? To możliwe. Rok 1974. Największa katastrofa we Francji po drugiej wojnie światowej. Samolot Turkish Airlines podrywa się z lotniska Orly pod Paryżem, kierując się w kierunku Londynu. Już w powietrzu otwierają się tylne drzwi. Następuje gwałtowny spadek ciśnienia w samolocie. Wielu pasażerów zostaje „wyssanych” z wnętrza. Maszyna spada i uderza w las. Ponad trzysta osób traci życie. Co jeszcze może być zatem przyczyną katastrofy A320 we francuskich Alpach? Samobójstwo pilota? Akt człowieka nawróconego na radykalny islam, czyli kamikadze? Znaków zapytania jest wiele. Załoga nie wysłała sygnału „Mayday” – prośby o pomoc. Żadnej informacji z kokpitu. Francuskie Biuro Badań Wypadków Lotniczych odmawia komentarzy na temat informacji zamieszczonych w amerykańskiej gazecie, ale w południe w czwartek 26 marca prokurator w Marsylii, któremu podlega dochodzenie, potwierdza wiadomości podane przez „New York Timesa”.

Drzwi pancerne
Odnaleziona czarna skrzynka zawiera informacje typu audio – wszystkie odgłosy, jakie nagrały się w ciągu ostatnich 30 minut lotu. Trzeba te dźwięki odszyfrować. Pierwsze 20 minut to uprzejma, wręcz kurtuazyjna rozmowa kapitana i drugiego pilota. Nad Alpami kapitan przygotowuje briefing lądowania w Düsseldorfie. Mówi do drugiego: – Proszę przejąć stery. Idę siusiu. Słychać dźwięk odsuwanego fotela, na którym siedział. Ale gdy kapitan chce wrócić, nie może otworzyć drzwi. Od zamachów 11 września 2001 r. kabiny pilotów muszą zgodnie z międzynarodowymi normami przypominać kasy pancerne. Nikt tam się nie dostanie, jeśli nie zna kodu. Ten jest ze zrozumiałych względów strzeżony zazdrośnie przez każdą linię lotniczą. Kapitan bezskutecznie stuka w kod. Przez interfon mówi: – Otwórz drzwi. Lecz z drugiej strony odpowiedzi nie ma. Zerka przez wizjer umieszczony w drzwiach – drugi pilot jest przy sterach. Kapitan mający sześć tysięcy godzin w powietrzu czuje, że maszyna zaczyna opadać. Zaczyna walić pięściami w drzwi. Chwyta topór, próbując je wyłamać. Brak reakcji. Wieża kontrolna z Marsylii i z Aix-en-Provence próbują się połączyć z pilotem. Bez skutku. Kapitan wie, że ma bardzo mało czasu, aby wyważyć drzwi. Pancerne. Nie zdążył. Pasażerowie nie zdają sobie sprawy z zagrożenia. Dopiero w ostatnim mgnieniu życia pada na nich strach. Z taśmy dobiegają krzyki. Ludzie się boją. Wiedzą, że giną.

Dwa dni po tragedii w mediach eksploduje wiadomość – Andreas Lubitz leczył się na głęboką depresję. Rozstanie z dziewczyną mogło jego stan pogorszyć. 10 marca sam zgłosił się do kliniki w Düsseldorfie. W dniu, gdy rozbił samolot, w ogóle nie powinno go być w pracy. Miał zwolnienie lekarskie od 16 do 29 marca. Linia Germanwings o tym nie wiedziała.

Czarna skrzynka nagrała odgłosy oddechu napływające z wnętrza kokpitu. I milczenie. Drugi pilot wiedział, co robi. Z dwunastu tysięcy metrów zszedł na dwa tysiące. Powoli. Tak jakby schodził do lądowania. Z szybkością 700 kilometrów na godzinę uderzył w skalistą ścianę. Samolot rozerwało na strzępy.

Marek Brzeziński
Na podst.: Le Figaro, Le Parisien, New York Times, BFM TV






Najpopularniejsze

Zobacz także