X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Świetlisty Klimt – Paryski nie-co-dziennik

Świetlisty Klimt – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 27 sierpnia 2018

Królestwo moje nie jest z tego świata – te słowa Chrystusa umieścił wiek temu Gustav Klimt pod swym emblematycznym obrazem Fryz Beethovena, ikoną miłosnego aktu wyniesioną na ołtarz sztuki. Książę wiedeńskiej secesji próbował odkupić człowieka z żądz ślepego instynktu w findesieclowej epoce, którą Hermann Broch nazwał „wesołą apokalipsą”.

Echo tych biblijnych słów odezwało się w nowo powstałym paryskim Atelier des Lumières, gdzie do 11 listopada potrwa multimedialne show: Gustav Klimt w sztuce i muzyce zanurzony.

– Jeśli ktoś chce się o mnie czegoś dowiedzieć – pisał malarz – to wystarczy, że zobaczy moje obrazy, chociaż autoportretu nigdy nie namalowałem, bo nigdy nie interesowałem się sobą samym jako tematem. Moim celem było zwrócić się ku innym, zwłaszcza kobietom. To one znalazły się w centrum sztuki Klimta, sztuki przesyconej erotyką. I to mnie przekonało, by zajrzeć do „Atelier Świateł” i „zanurzyć” się w nowej świetlistości jego dzieła inaugurującego pierwsze centrum sztuki cyfrowej w Paryżu. Zamiast obrazów wyświetla się tam w technologii cyfrowej, przy udziale 140 rzutników, ich kopie – zwielokrotnione, gigantyczne, poruszające się, ilustrowane muzyką rozbrzmiewającą z przestrzennego systemu audio. Tę alternatywę dla przyszłości tradycyjnego muzeum – albo jarmarczną rozrywkę, jak chcą inni – uruchomiono w dawnej odlewni w sercu XI dzielnicy miasta, przy rue Saint-Maur 38.

Poszedłem tą Maurów ulicą. Przeciąłem rue Oberkampf przyciągającą ptaki mieszczańskiej bohemy; długą, wąską, o rzemieślniczo-robotniczej proweniencji, ze starymi dziedzińcami, brukowanymi podwórkami, fabrykami zmienionymi w lofty. Minąłem Café Charbon z cynkowym kontuarem i wielkim lustrem na ścianie powiększającym lokal optycznie, gdzie w epoce „wesołej apokalipsy” żył pewien sprzedawca węgla, który prowadził tę knajpę, handlował papierosami i cygarami, o czym przypomina stary szyld. Kilkadziesiąt metrów dalej zgromadził się tłum na trotuarze. To tu. Wszedłem do betonowej hali fabrycznej z multimedialnym systemem zamontowanym na ponad 3 tys. metrów kw. ścian sięgających 10 metrów wysokości.
Świetlistość rośnie, unosi się, pęcznieje. Wyłania się neoklasyczny Wiedeń, słychać muzykę Straussa. Dekoracyjne formy obrazów wyświetlane są również na podłodze, tak że ma się wrażenie wchodzenia w płynne, mozaikowe pejzaże i bycia częścią tego, co się obserwuje. Wiedeńskie walce cichną. Zaczyna się muzyka Szopena, zmienia się w symfonie i pieśni Mahlera. Cyfrowy świat Klimta ożywa. Pulsują duchowe krajobrazy, mroczne, czasem radosne odczucia, senne marzenia. „Pocałunek”, „Judyta”, „Adela Bloch-Bauer”…

Klimt miał bogate życie miłosne, acz mocno pogmatwane. Nie ożenił się, mając dzieci z kilkoma kochankami. Większość modelek brał nie tylko w posiadanie swego malarstwa, rozporządzając ich ciałem jak estetyczno-erotyczną metaforą, ale również stawały się one zmysłową formą wywoływania ekscesu artystycznej wolności. Kobieca plastyczność tak go uwiodła, że w imię swoistej metafizyki, jaką tłumaczył fenomen estetyczny, chciał zmieniać życie w sztukę, w jej triumf nad egzystencją, instynktem, żądzą. „Sztuka prowadzi do królestwa wyższego, królestwa czystej radości, czystego szczęścia, czystej miłości”. I tak buntując się przeciwko ślepym prawom natury, splótł kobietę i mężczyznę pod kloszem secesyjnej ornamentyki.
Pięknie wypieszczone obrazy Klimta to owoc intelektualno-mitycznej medytacji, rygorystycznej konstrukcji, drobiazgowej metody. Był pod wpływem sztuki japońskiej, a także „Bram piekieł” Rodina. Twarze i ręce kobiet malował realistycznie, natomiast pozostałe części ciała oraz stroje zakrywał płaskim tłem zdobionym abstrakcyjną ornamentacją płynnych, ruchliwych, falistych linii. To oczywiście cechy secesji bogatej w charakterystyczne wzory roślinne oraz geometryczne bryły drobnych rombów, trójkątów, prostokątów. Kompozycje bliskie mozaiki, często złoconej przy użyciu płatków złota i srebra.




Gustav Klimt stanął u źródeł abstrakcjonizmu z tymi dekoracyjnymi motywami ornamentyki, ale też u źródeł miłości, tej mitycznej, z „królestwa, które nie jest z tego świata”. Z czasem porzucił i jedno, i drugie, nie mogąc przekroczyć opozycji między sztuką i życiem. Miłość okazała się rozczarowująca, kurczowo trzymając się reprodukcyjnej natury. Wrócił więc do „świata rzeczywistego”, przy okazji zamieniając linearny wymiar swych dzieł na seksualnie bardziej wolny, zwłaszcza w rysunkach,; dla niektórych tak wolnych, że aż pornograficznych, czym poniekąd wyprzedził swój czas. Ale z pewnością nie swojego ucznia Egona Schielego, którego oskarżono o szerzenie pornografii i uwodzenie nieletnich modelek – jego pełne trwogi akty „gościnnie” kończą paryski show Klimta. Show z okazji ich 100. rocznicy śmierci. Mistrz umierał w wieku 55. lat, uczeń – 28.
Finał. Całe Atelier des Lumières wypełniły czerwone plamy farb z epoki „wesołej apokalipsy”, poprzedzającej lata faszystowskiego terroru. A co poprzedza nasza epoka ośmieszonej apokalipsy?

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także