X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Ślad jednego życia

Ślad jednego życia

Artykuł wprowadzono: 7 sierpnia 2021

Paryski nie-co-dziennik

„Ta idea jest prosta jak życie. Namalować jedno istnienie, czas trwania własnej egzystencji. Ostatnia liczba, którą namaluję, będzie oznaczać kres mojego życia. Na początku nikt tego nie rozumiał. Nawet żona uważała, że zwariowałem”. Ten artystyczny projekt utożsamienia sztuki i życia malarz zatytułował: Opałka 1965/od 1 do nieskończoności.

Roman Opałka to jeden z najsłynniejszych na świecie polskich artystów, autor tworzonych przez ponad 40 lat „obrazów liczonych”. Horyzontalnych ciągów liczb z każdym obrazem coraz mniej widocznych, ponieważ w każdym kolejnym rozjaśniał tło. Jego pragnieniem było dojść do siedmiu siódemek, 7777777, liczby w wielu kulturach szczególnej. Byłby to moment „białego na białym”, w którym, jak obliczył, jego dzieło stałoby się zupełnie białe. Liczby namalowane bielą na bieli zlałyby się w jedną płaszczyznę z barwą tła. Jedność, nieskończoność, powrót do początku. Nie dożył. Ostatnią namalowaną liczbą jest 5607249. Zmarł 10 lat temu 6 sierpnia 2011 roku, 20 dni przed swoimi 80. urodzinami, które miał obchodzić w Wenecji.

Urodził się we Francji w rodzinie polskich emigrantów. Po wojnie wrócił z rodziną do kraju, a w 1977 roku ponownie zamieszkał we Francji. W 1995 roku reprezentował Polskę na Biennale w Wenecji, zaproszony przez kuratorkę Polskiego Pawilonu Andę Rottenberg, wtedy dyrektorkę Zachęty. Pierwszy raz spotkałem malarza w restauracji Centrum Pompidou, gdzie rozmawialiśmy przy piwie o jego projekcie zapisu czasu, przemijania i śmierci, odzwierciedlających dynamizm ludzkiego życia. „Wie pan, te liczby są instrumentem pokazania czasoprzestrzeni jednego istnienia, mówił. To, co się staje obrazem, jest wynikiem czasu danego obrazowi. Jak stoję przed sztalugą i maluję progresję tych liczb, to jestem w jedności z całoś­cią. W tym sensie ciągle maluję jeden obraz, tyle że w częściach, zwanych detalami, które są i obrazem, i fragmentem większej całości. Jak nasze życie. Bo jeśli na kogoś patrzymy, to ten ktoś w swym stawaniu się od lat jest detalem samego siebie, jest ciągle tym samym i ciągle czym innym”.

Swoją sztukę malowania kolejnych liczb traktował jako całość. „Jeden zamysł, jeden kolor, jedno dzieło”. Dzieło w procesie, zawarte w obrazach-detalach, zawsze o tych samych wymiarach. Dla tej idei zerwał on z dotychczasową twórczością, a była obiecująca: cykle „Chronomy”, również poruszające zagadnienie czasu, „Fonematy” czy wielokrotnie nagradzane graficzne „Opisanie świata”. Z czasem poszerzył język obrazów liczonych, włączając w swój program rejestracji czasu zapis magnetofonowy włas­nego głosu, wypowiadającego kolejne liczby namalowane na płótnie oraz czarno-białe fotograficzne autoportrety, zawsze en face i w białej koszuli, rejestrujące zmiany, jakie czas odciskał na jego twarzy. Będąc poza domem, poza pracownią, malował jedynie rzędy liczb na „kartkach z podróży”.

Obrazy liczone otworzyły Opałce drogę do światowej kariery. Znalazły się w kolekcjach nie tylko Centrum Pompidou, także w Muzeum of Modern Art i Guggenheima w Nowym Jorku. Malarz osiągnął też sukces komercyjny. Trzy „detale” sprzedano w domu aukcyjnym Sotheby’s w Londynie za 713 250 funtów (3,3 mln zł), najwyższą kwotę, jaką zapłacono za pracę żyjącego polskiego artysty. „Spośród kilkuset detali sprzedałem prawie wszystkie. Zostawiłem sobie ok. 30, by móc robić wystawy, inaczej musiałbym się dopraszać o nie u kolekcjonerów”. Sprzedawał nawet te, które jeszcze nie powstały.

„Jestem malarzem, który przemyślał koncepcję, jak namalować czas swojego istnienia. Progresja liczb w taki sposób malowana jest dziełem pomyś­lanym jako jeden obraz jednej przemijającej egzystencji. Maluję moją historię życia, która się staje historią każdego istnienia, każdy może się w niej odczytać. Nie opowiadam życia, anegdot, manifestuję życie życiem. Może to skromnie nie zabrzmi, ale tak, w pewnym sensie na mnie kończy się malarstwo. Duchamp poszedł już tak daleko, że nie było sensu dalej malować. Porzucił malarstwo i zaczął grać w szachy. I miał rację. Ja jednak zrozumiałem, że mogę pójść krok dalej i namalować jeszcze jeden obraz, jeszcze jedną historię malarską. Odkryłem, że mogę namalować jeszcze tylko moje włas­ne życie. W tym sensie jestem konsekwencją pewnej historii awangardy, która doprowadziła do takiej sytuacji, że już dalej nie można, nie ma sensu dalej malować. To już jest dolewanie wody do wina (może dlatego popijaliśmy piwo). Owszem, można dalej malować, ale już poza wymiarem tej malarsko-awangardowej prawdy”.

Sztukę Opałki porównywano do zakładu Fausta z diabłem, z tym że nie o wieczną młodość tu chodziło, a o dzieło definitywnie skończone. „Bez śmierci czas nie ma żadnego wymiaru. Fakt, że musimy umrzeć, jest znakomitym darem dla życia, bo to silna emocja racjonalnego bycia w świecie. Jestem agnostykiem, lecz jeżeli Bóg istnieje, to tę sprawę znakomicie przemyślał”. Tak mówił artysta przy piwie dawno już wypitym. Artysta, który przyznał, że dlatego maluje, żeby tego diabła, czyli czas, choć na krótko zamknąć w butelce.

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także