X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

„Schumi, nie odchodź!”

Artykuł wprowadzono: 25 lutego 2014


Taki tytuł pojawił się 48 godzin po dramatycznym wypadku Michaela Schumachera, siedmiokrotnego mistrza świata Formuły 1, który doznał obrażeń mózgu po upadku na nartach w Meribel, we francuskich Alpach.
Obrażenia były tak poważne, że francuscy neurochirurdzy i lekarze specjalizujący się w reanimacji neurologicznej nie powiedzieli tego na głos – ale z ich słów bił sceptycyzm.
Meribel. Ulubiony kurort narciarski „złotej młodzieży” z Wysp Brytyjskich, przede wszystkim płci żeńskiej. Wraz z Courchevel (snobistyczna stacja, którą chciał kupić Abramowicz, przyjaciel Putina i właściciel klubu Chelsea, gdzie wynajęcie domku w czasie prawosławnego Nowego Roku kosztuje ponad 10 tysięcy euro za tydzień) oraz z Les Menuirs (najbrzydszą pod względem architektonicznym stacją świata) i z Val Thorens (stacja położona najwyżej w Europie), tworzą kompleks Trzech Dolin, największą domenę narciarską na naszym kontynencie – ponad 600 kilometrów tras. Schumacher świetnie zna Meribel. Od pięciu lat ma tam elegancki domek góralski. Tamtejsze trasy nie stanowią dla niego tajemnic. Doskonale jeździ na nartach. Startuje z powodzeniem w amatorskich zawodach. Uwielbia dyscypliny szybkościowe – gigant i supergigant.
W Alpach ogłoszono akurat najwyższy stopień zagrożenia lawinowego. W krótkim czasie zginęło kilka osób we Francji i w Szwajcarii. Ratownicy i żandarmi odradzali jazdę poza wyznaczonymi trasami. Tam się siedmiokrotny mistrz świata nie zapuszczał. I oto dwa wyznaczone stoki. Między nimi dwudziestometrowej szerokości płat świeżego śniegu upstrzony skałami jak szczęka tyranozaura. Francuska żandarmeria prowadząca dochodzenie stwierdziła, że Schumacher wpadł tam na dużej prędkości, ok. 40 km na godzinę, i
uderzył w skałę
przykrytą nawianym przez silny wiatr śniegiem z takim impetem, że jego kask rozpadł się na dwie części. We Francji wszyscy byli przekonani, iż były mistrz świata zapuścił się w ten pas „ziemi niczyjej” w poszukiwaniu szybkości i frajdy z jazdy w puchu. Niemiecki „Bild” dwa dni po wypadku napisał, że Schumacher jeździł nie tylko w towarzystwie swojego 14-letniego syna, jak to początkowo przedstawiały media francuskie, lecz w gronie przyjaciół. Jednego z nich „poniosło” w ów „skalisty puch”, Schumi rzucił się na ratunek i wtedy doszło do tragedii.
Neurolodzy kręcą głowami
– Gdyby nie ten kask, to już by go tutaj nie było – stwierdził specjalista od reanimacji neurologicznej, a 78 procent Francuzów orzekło, że w ich kraju też powinno się wprowadzić obowiązek jazdy na nartach w kaskach. W tej chwili dotyczy to tylko dzieci, chociaż widok dorosłego w kasku na nartach nikogo nie dziwi. Do wypadku doszło o 11.07. Osiem minut później zjawił się tam francuski GOPR, a wkrótce potem żandarmeria górska z Courchevel. Schumachera przetransportowano śmigłowcem do szpitala w Moutiers, gdzie lekarze, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji i z niewystarczających środków pomocy medycznej, zdecydowali o przewiezieniu rannego do Kliniki Uniwersyteckiej w Grenoble. Tam pracują neurochirurdzy i neurolodzy uznawani za najlepszych specjalistów we Francji.
O 13.30 Schumacher dotarł do kliniki. Był w stanie śpiączki. Tomograf. Dokładne badania neurologiczne. Wynik był jednoznaczny – obszerne wylewy, liczne krwiaki. Pacjent wjechał na stół operacyjny. Jego stan pozwalał na dwugodzinny zabieg usunięcia jednego z krwiaków. Reszty bano się ruszać. Pacjenta wprowadzono w stan sztucznej śpiączki i obniżono mu temperaturę ciała. Wszystko po to, aby ograniczyć szkodliwy wpływ odmy, zmniejszyć ciśnienie wewnątrzczaszkowe i pozwolić mózgowi na lepsze dotlenienie. Do jego łóżka nie dopuszczono żadnych dziennikarzy. To samo spotkało mieszkającego w Grenoble byłego mistrza Formuły 1 Oliviera Panisa. Przed kliniką ustawiono czterech żandarmów. Pewien reporter wpadł na pomysł, by przebrać się za… księdza i próbował się wślizgnąć do pokoju chorego. Został zdemaskowany. Wybuchł skandal.
Do Grenoble przybywa z Paryża, eskortowany w samochodzie żandarmów, profesor Gerard Saillant, przyjaciel Schumiego, wielka sława w dziedzinie ortopedii (to on sprawił, że Ronaldo miał po straszliwej kontuzji „kolano jak nowe”). Swojemu przyjacielowi z torów Formuły 1 wyjmował metalowy pręt z obojczyka po wypadku w Silverstone w Grand Prix Wielkiej Brytanii w 1999 roku, kiedy Schumi pojechał jak wariat i doszło do kraksy. Profesor Saillant jest ortopedą i traumatologiem oraz założycielem Instytutu Badania Mózgu i Rdzenia Kręgowego. – Pierwsze godziny będą kluczowe – mówi Saillant i powtarzają to francuscy specjaliści, dodając, że kolejne operacje są wykluczone. Mija doba. Schumacher jest w śpiączce farmakologicznej.
W niedzielę doszło do wypadku. W poniedziałek badania tomografem są zadziwiająco dobre. Przy łóżku chorego najbliżsi, w tym żona i dzieci. – Z rodziną konsultujemy każde poważniejsze działanie w leczeniu – mówią francuscy lekarze. I zapada decyzja. Druga operacja. Neurochirurgiczna klasyka. Udaje się zlikwidować krwiaka w lewym płacie mózgu. Ale pozostaje ich jeszcze kilka. – Stan Schumachera jest stabilny, ale wciąż krytyczny, i to mimo niewielkiej poprawy – przekazuje słowa francuskich lekarzy jego niemiecka rzeczniczka prasowa. A neurolodzy kręcą głową z niedowierzaniem. Stan pacjenta jest do tego stopnia ciężki, że nie spodziewali się tak szybkiej poprawy. – To młody facet. 3 stycznia skończył 45 lat. Do tego w doskonałej formie fizycznej, wysportowany. Da radę! – mówią jego przyjaciele.

Demon prędkości
Anegdota głosi, że mały „Michaś” dostał pierwszy w życiu samochód w wieku czterech lat. Pojazd poruszał się za pomocą peda łów, ale szybko zamontowano w nim mały silnik z motoroweru. I tak to się zaczęło. 301 startów w Grand Prix Formuły 1, pierwszy w Belgii w 1991 roku, w wieku 22 lat. 91 zwycięstw. Siedem tytułów mistrza świata. Jeździł w czterech stajniach wyścigowych, ale najbardziej zapamiętano go z okresu, gdy reprezentował barwy Ferrari. – To jest człowiek ogarnięty pasją prędkości – mówią eksperci francuscy. – Wcale nie jechał szybko – ripostuje rzeczniczka Schumachera. On sam po wypadku na torze motocyklowym przyznał, że w bolidzie na czterech kołach nie czuje się tego pędu tak jak na motorze. – Nie znalazłem dobrego sposobu na uniknięcie upadku na motorze, ale mnie to wcale nie przeraża. Motocykl to wielkie emocje. Trudne do wyjaśnienia – powiedział w 2009 roku w wywiadzie dla dziennika „L’Equipe” i dodał, że wyprawy w kosmos go nie interesują, bo kosztują krocie i wymagają bardzo długiego przygotowania, a poza tym „można je oglądać w telewizorze”.
Schumi chciałby spróbować paralotniarstwa, kitesurfingu i nurkowania głębinowego. Mistrz wywoływał mieszane uczucia – z jednej strony otaczał go wielki szacunek innych pilotów, obsługi i kibiców, z drugiej – jego agresywna akcja i pozorna chłodna wyniosłość wywoływały niechęć. Teraz, po wypadku, zbiera słowa sympatii i otuchy. – Modlę się za ciebie, mój bracie. Niech Cię Bóg ma w swojej opiece – powiedział Felipe Massa, były partner Schumachera ze stajni Ferrari, na wiadomość o tym, co jego bliskiego kumpla spotkało na stoku w Meribel.

Marek Brzeziński
Na podst.: L’Equipe, Bild Zeitung, BFM TV






Najpopularniejsze

Zobacz także