X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Przygoda nowoczesności – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 19 sierpnia 2018

Każdy ma prawo do piękna. Piękna otoczenia, kafeterii, korkociągów, klamek… Piękna nowoczesności. Dobre pomysły nie mają przeszłości, mają tylko przyszłość – takie myśli Roberta Malleta-Stevensa, założyciela UAM

(zrzeszenie artystów modernistycznych), krążą między eksponatami w Centrum Pompidou na wystawie „UAM – przygoda nowoczesności”.

Piękno jest wszędzie. Bardziej na ulicy niż w muzeach. Toczy się, pędzi, przelewa obok nas. Francuski malarz Fernand Léger, szukając go, posłużył się „estetyczną maszyną”, jak inni nagim ciałem, pejzażem lub martwą naturą. Odkrył wyższość przedmiotu nad „ludzką fauną”, którą zredukował do materii pokawałkowanych rur, poskręcanych tub, pościnanych stożków. Robert i Sonia Delaunay widzieli je w efektach „elektrycznego oka”, wokół którego tworzyła się aura kolorowych kręgów, kształtów, ruchów. Z kolei architekt Le Corbusier w nagich betonowych domach, bryłach pełnych słońca, przestrzeni i zieleni, nazywanych „maszynami do mieszkania”. Inny modernista, rzeźbiarz Constantin Brancusi – w „prostocie złożoności” oraz radości, bo – jak mawiał – to, co jest prawdziwym sensem sztuki, to radość, i wcale nie trzeba jej rozumieć – wystarczy, że czyni nas szczęśliwymi.
Na wystawie zaprezentowano dzieła wymienionych artystów obok m.in. Caldera, Matisse’a, Jourdaina, Prouvégo, Chareau – obrazy, rzeźby, plakaty, zdjęcia, meble, dekoracyjne przedmioty, filmy, makiety, nawet auto marki Roland Pilain. Twórców z kręgu UAM, wielodyscyplinarnego stowarzyszenia niczym Bauhaus à la française czy holenderski De Stijl. Paryska ekspozycja definiuje historię nowoczesności od początku XX wieku do końca lat 50. Komfort, praktyka, luksus, nowe materiały, nowe formy. Chwalona za racjonalną prostotę, ale i krytykowana za uniwersalny maszynizm, styl kliniczny, martwą perfekcję, ba, nawet za bolszewizm.

– Światło! To jedyna rzeczywistość – agitował Delaunay, herezjarcha tego ruchu, jak siebie sam nazywał. Tylko światło przenika wszystko. W Paryżu był to czas wymiany latarni gazowych na elektryczne. Nowe oświetlenie uwiodło Delaunaya. Pod nowymi latarniami krzepła nie tylko jego miłość do Soni kobiety jego życia, ale i ich wspólna miłość do nowej sztuki, dla której wymyślali nową gramatykę języka kolorów. Byli najsłynniejszą parą artystów. Światło paryskich latarni poprowadziło tych kochanków do wyzwolenia koloru, do nowej struktury obrazu, do estetycznej bezprzedmiotowości. Mówili o sobie, że są jednością w malarstwie, jak inni w polityce, wierze, zbrodni albo pijaństwie.

Delaunay to mistrz zuchwały. Zamierzył się na boga nowoczesnego malarstwa, na słońce. Jego „Pejzaż z dyskiem” otworzył drogę ku „słonecznemu mistycyzmowi”. Odkrywał konfiguracje form kolistych: kręgów, dysków czy tarcz wibrujących „symfonią kolorów”. Jednak to Léger stworzył coś na kształt kosmogonii koła. W jego sztuce dominują okrągłe formy i całe kompozycje zamknięte w kręgu. Wszystko jest w kolistym ruchu. Również ludzie mają koliste gesty, zbudowani z kół, stożków, walców. Są geometrycznymi obiektami wędrującymi w kręgu i po okręgu. Wyruszają w podróż, ale muszą wrócić do punktu wyjścia.




Léger głosił pochwałę przedmiotu w malarstwie. Przenosił na płótno ludzi jak przedmioty, same przedmioty, ich części. Powstawał mikrokosmos brył, stożków, wałków, walców, rurek… Jednym z jego emblematycznych obrazów jest „Gioconda z kluczami”. Potraktował Mona Lizę jako gotowy przedmiot, który „zdjął” z arcydzieła i wrzucił w przestrzeń swego płótna obok tytułowych kluczy i puszki sardynek. W jego świecie cylindrycznych kształtów ciało człowieka nie miało większego znaczenia niż te klucze, stożek albo rower. à propos roweru, to siedząc z przyjaciółmi na tarasie baru Closerie des Lilas, miał ujrzeć scenę niczym ze swego filmu „Mechaniczny balet”, pierwszego bez scenariusza, opartego na kontrastach obrazów i rytmów. Zauważył jadącą na rowerze pannę młodą, której welon powiewał na wietrze. Tamtego ranka miała ona wyjść za mąż, ale dostała rower i tak się nim zachwyciła, że zapomniawszy o ślubie, popedałowała wprost przed oblicze Légera. Po kilku miesiącach sama została panią Léger. Dwa lata później Francuz poślubił oszalałą komunistkę Nadię, z którą krążył po proletariackich manowcach swym olbrzymim amerykańskim pontiakiem.

„Szczyty paryskich dachów” – to obraz Légera namalowany kubistycznie, a pomyślany futurystycznie, ale i spektakularna panorama na Miasto Świateł, jaka się rozpościera z jednej z sal Centrum Pompidou, gdzie ma miejsce przygoda nowoczesności. Stłoczone dachy ciągną się po horyzont dalekich wieżowców La Défense, nazywanych „odwróconymi pudełkami na buty”. Bliżej widać jedyny paryski drapacz chmur, ponad 200-metrowy Tour Montparnasse. W przyszłym roku, po 45 latach, stanie dopiero drugi paryski wysokościowiec Tour Triangle – lśniąca szkłem trójkątna wieża. Coś się kończy, coś zaczyna. Może kończy się człowiek, a zaczyna mechaniczne widowisko z elementem ludzkim w tle. Nie ma tu kryteriów, jak nie istnieje sąd, który rozstrzygnie spór o piękno nowoczesności.

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także