X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Prawie nic. Józio z nieludzkiej ziemi

Artykuł wprowadzono: 7 stycznia 2023

Trzydzieści lat temu, 12 stycznia 1993 roku, w podparyskim Maisons-Laffitte zmarł na zawał serca Józef Czapski, w małym pokoju na piętrze, czyli na „górce” domu „Kultury” Jerzego Giedroycia. Józio, jak go nazywali bliscy, miał coś z erudyty o naiwności dziecka, coś z błędnego rycerza. Jego wysoka sylwetka, jak „dwumetrowa tyczka”, budziła poczucie zaufania i dobroci. Imponował odwagą, pokorą, szlachetnością. Żył długo. Był spełniony. Ja śmierć czuję jakże inaczej, pisał, jak ratunek, jak wyzwolenie, jak „dosyć”. Ku zaskoczeniu żałobników stalowa trumna z jego ciałem nie mieściła się w grobowcu. Był wielki.

Pochodził z arystokratycznej i kosmopolitycznej rodziny. Od strony matki (zmarła, gdy miał 7 lat) z hrabiów Thun-Hohensteinów oraz baronów kurlandzkich, a ze strony ojca z hrabiów Hutten-Czapskich. Sam tytułów nie używał. Dorastał w praskim pałacu Thunów, o „stu pokojach gościnnych”. Polak z w pełni świadomego wyboru. Malarz, krytyk, eseista, znawca sztuki, oficer Wojska Polskiego, świadek zbrodni katyńskiej, współtwórca Instytutu Literackiego i jeden z najważniejszych autorów „Kultury”.

Czapski wędrował przez feudalną Białoruś i Rosję Romanowów, przez bolszewicką rewolucję, Paryż lat 20., Warszawę lat 30., przez nieludzką ziemię okolic Starobielska, gdzie cudem uniknął kuli w potylicę, o czym napisał dwie książki, świadectwa zbrodni katyńskiej: „Wspomnienia starobielskie” i „Na nieludzkiej ziemi”. Przeszedł cały szlak bojowy z armią Andersa zakończony w paryskim Hôtel Lambert u Stefana Zamoyskiego, aż dotarł do Maisons-Laffitte, gdzie mieszkał z siostrą Marią i przybyłym z Rzymu zespołem „Kultury”, najpierw przy ulicy Corneille 1, a od 1954 roku przy Avenue Poissy 91.

Zawdzięczam mu bardzo wiele – powie Giedroyc o Czapskim, swoim szefie z 2. Korpusu armii Andersa, nazywając go ministrem spraw zagranicznych „Kultury”, który w 1947 roku umożliwił zajęcie willi w podparyskim Maisons-Laffitte przybyłemu z Włoch zespołowi Instytutu Literackiego, a w najtrudniejszych latach pisma, wykorzystując swoje kontakty, kwestował na rzecz podtrzymania jego wydawania. Dwa razy uratował sytua­cję finansową Instytutu Literackiego. W 1949 roku udał się jako „wielki jałmużnik” w podróż po Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, gdzie wygłaszał odczyty o Katyniu i kwestował na rzecz „Kultury”, a w 1955 roku odbył drugą wyprawę do Ameryki Południowej, namawiając tamtejszą Polonię do zwiększenia liczby prenumerat. Miał dar zjednywania ludzi. Dzięki niemu początkujące pismo emigrantów współpracowało z francuskim ministrem kultury Andrém Malraux czy z amerykańskim twórcą menedżeryzmu Jamesem Burnhamem. Nawiązał również kontakty z noblistą François Mauriakiem, filozofem Jakiem Maritaine’em czy przyjacielem Prousta, dyplomatą i pisarzem Paulem Morandem.

Czapski pisał do „Kultury”, najważniejszego polskiego pisma powojennego półwiecza, od pierwszego numeru, w którym ukazał się jego tekst „Raj utracony (na śmierć Bonnarda)”, choć w prace redakcyjne nie był bezpośrednio zaangażowany. Od drugiego numeru rozpoczął publikację fragmentów „Na nieludzkiej ziemi” cudem ocalałego z rzezi katyńskiej. 27 września 1939 roku trafił do niewoli sowieckiej. Uwięziony w obozie w Starobielsku był jednym z nielicznych, którym udało się przeżyć. Podjął się bezskutecznego poszukiwania „zaginionych” oficerów, a później uczestniczył jako delegat rządu RP na emigracji w międzynarodowej komisji badającej zbrodnię katyńską. Jego książka „Na nieludzkiej ziemi” ukazująca, że za tą zbrodnią stali Sowieci, została wydana przez Instytut Literacki w 1949 roku.

Józio, admirator Tołstoja, Prousta czy Bergsona, miał artystyczno-mistyczny stosunek do świata. Przeżywał jego kształty, barwy, formy. Był malarzem tego, co w sztuce i życiu najważniejsze – szukania prawdy, piękna, zbawienia. Wierzył w istnienie innego wymiaru, był mu on potrzebny. Tropił jego sens w paryskich kawiarniach, na dworcach, w metrze, w ciasnych wnętrzach i rozległych przestrzeniach. Czasem mu się pokazywał, nagle, w błysku rzeczywistości, i wtedy próbował to „coś” szkicować w swym grubym kajecie, z którym się nigdy nie rozstawał. Później dla tych krótkich olśnień mozolnie szukał możliwie wiernych śladów na płótnie.

Malarskiego języka uczył się od po­dziwianego Cézanne’a, od Bonnarda, de Staëla, Soutine’a. Twórczo ich przetwarzał i poszerzał o wpływy ekspresjonistów. Wczesnomłodzieńczą kapistowską samoistność koloru zmieniał w jego wewnętrzną siłę. Szukał dramatycznej wizji i czasami ją znajdywał, wtedy była dla niego, jak pisał, nieoczekiwanym skokiem w przepaść. Wizja ułamka świata, zawsze oglądanego po raz pierwszy.

Piękno – po co piękno, jeżeli nic nie wieczne… Żółta chmura. O ten obraz mi chodzi… Nic, które ulega przetworzeniu… To wszystko jest mniej niż nic… A przecież to trzeba zapamiętać, bo to idzie jakby z większej, z czystszej głębi – pisał. Malując „Żółtą chmurę”, był już po 80. Obraz inspirowany „Pejzażem” (żółtym) Nicolasa de Staëla. I właśnie wtedy (albo dopiero wtedy), w ostatnich obrazach, wszedł na szczyty swej malarskiej twórczości, odnalazł tę siłę koloru, jakiej szukał przez dziesięciolecia przeplatane okresami zwątpienia w swój talent. Dziś ten jego kolor ciągle żyje, ba, nabrał jeszcze większej intensywności.

Józefa Czapskiego (1896 – 1993) pochowano 15 stycznia 1993 roku obok siostry Marii na cmentarzu w sąsiadującej z Maisons-Laffitte miejscowości Le Mesnil-le-Roi. Prawie nic, a oznacza wszystko. Jak żółta chmura nad jego grobem. Jak ratunek, jak wyzwolenie, jak „dosyć”.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także