X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Pokaz mody Maison Anoufa – Tygodnik Angora

Pokaz mody Maison Anoufa – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 30 stycznia 2016

Najpierw sunęły seksowne dziewczyny poprzebierane w stroje projektowane przez Donatellę Versace. Ona wie, co i dla kogo robi. Kobieta musi być kobietą. Musi swoją kobiecość pokazać. Zawoalowaną. Dyskretną. Okrytą po nadgarstki rękawami z przezroczystego tiulu. Jej magia stawia mężczyzn na równe nogi, a kobiety wprawia w trans. A potem Dior. Jakże delikatne paryskie akcenty – zachłystują się francuscy krytycy. Trzeciego dnia, na wybiegu w pięknej Sali Gaveau, goszczącej często koncerty muzyki symfonicznej, paradowały polskie modelki w kreacjach Maison Anoufa.



W 1939 roku małżeństwo Anoufa otworzyło w Algierii swój pierwszy butik. Błyskawicznie zrobili karierę, robiąc stroje dla personelu Air Ageria. W 1949 roku przenieśli się do Francji, gdzie szyli dla Chanel i Yves’a Saint Laurenta. W 2010 roku ich wnuk Ylan Anoufa, który pracował dla największych firm projektanckich w USA i uchodzi za jednego z czołowych specjalistów w dziedzinie jeansów, poznał blondynkę znad Wisły – Annę Neneman.

„Robiłam maturę, gdy zobaczyłam program w Fashion TV. Zamarzyłam o modzie i o Paryżu. Zaczęłam studiować w jednej ze szkół w stolicy Francji. Wiele staży. Dior. Chanel. Fashion TV. No i po jakimś czasie zostałam dyrektorką tego kanału” – mówi Anna Neneman. Ona i Ylan budują wizerunek marki ekskluzywnej, poszukującej oryginalne i niepowtarzalne kreacje; pokazują na Paris Haute Couture czy w czasie festiwalu w Cannes. Po pokazach kolekcja nie jest jednak sprzedawana każdemu chętnemu…

„Taka jest polityka Ylana. On sprzedaje temu, kto ma klasę, kogo polubi albo kogo uważa za kogoś nietypowego, innego, odbiegającego od reszty”. „Ale sprzedaliście swoje kreacje Paris Hilton” – stwierdzam. „Ona kupiła połowę naszej kolekcji” – odpowiada ze śmiechem Anna i opowiada, w jaki sposób przedzierali się przez świat mody – ona i Maison Anoufa. „W Paryżu skończyłam dział marketingu i handlu mody. Tego w Polsce nie ma. U nas kształci się głównie projektantów i stylistów. Mało który polski projektant uświadamia sobie to, że żeby przeżyć, to trzeba sprzedać. Od dwóch lat działamy w Polsce. Mamy znakomity zespół. Prawdą jest, że musieliśmy parę osób wymienić, bo w tej branży liczą się ogromna motywacja do pracy i wierność marce. To bardzo ważne być lojalnym wobec firmy” – oznajmia Anna, która po wielu latach działania w Paryżu przeniosła się do Warszawy razem z Ylanem. A on, pokazując na stojące przed wejściem na Salę Gaveau rzeźby w mosiądzu – głowy pumy i małpy, dodaje: „Mamy taki mały domek na wsi i tam sobie rzeźbię, bo ja jestem artystą rzeźbiarzem”.

Ylan jest jedynym projektantem prezentowanych kreacji. Mają w ekipie Polaka grafika. „Przenieśliśmy się do Polski, bo chcieliśmy mieć szwalnię” – opowiada Anna. Dodaje, że ponad połowę pracowników na pokazy w Paryżu przywieźli z Polski. I rzeczywiście. Na kilka godzin przed pokazem, gdy ustawiane są ostatnie dekoracje, Ylan rozmawia z długowłosym technikiem po angielsku, a ja mogę z nim wymienić kilka zdań po polsku. „Polacy są wszechstronnie wykształceni. Angielski to żaden problem. Gorzej z innymi językami. Ale pod względem fachowości są rewelacyjni. Początek dała Akademia Sztuk Pięknych w Łodzi, ale teraz jest mnóstwo takich szkół kształcących szefów od mody. Szkoda, że nie od marketingu i komercji. Poza dwoma, trzema nazwiskami to Polacy nie trzymają się kurczowo korzeni etnicznych. Nie są przytuleni do polskiej tradycji w projektowaniu mody”. Tak jak Ylan. „On jest algierskim Żydem urodzonym w Paryżu, a zatem całkowicie francuskim i on nie wraca do swoich algierskich korzeni” – mówi Anna. „Inspiracje płyną ze mnie. Jestem artystą” – dodaje Ylan.

Według Anny, która między innymi organizowała pokazy Ewy Minge, Polacy mają nieograniczone możliwości i podbicie dla nich rynków mody nie powinno przedstawiać żadnych trudności. Pytanie – jakich rynków. „Francja, podobnie jak w sztuce kulinarnej, tak i w modzie uchodzi za pępek świata, ale okazuje się, że mistrzowie patelni mieszkają w Skandynawii. Czy to nie przypomina tego, co się dzieje w modzie?” – pytam. Anna, kiwając z powątpiewaniem głową na moje słowa, że Paryż jest epicentrum mody, odpowiada, że znacznie ciekawsze rzeczy dzieją się w Nowym Jorku. „Bo oni tam są bardziej otwarci na nowinki. Mediolan. Ten trzyma klasę. Ciągle na tym samym poziomie. Moda włoska jest wspaniała. Londyn. Ale rosnące potęgi to Berlin i Amsterdam. Tam jest ciekawiej niż w Paryżu, bo Paryż kocha się w pokazach. I to jest jego siłą. Mało tego, ta opinia o Paryżu jako o centrum mody sprawia, że nas już nie będzie, a Paryż dalej będzie na tym jechał i daleko zajedzie. Faktem jest, że na przykład polskim projektantom łatwiej jest się przebić w Stanach Zjednoczonych, bo amerykański rynek mody jest bardziej otwarty, a paryski bardziej hermetyczny, ale można spróbować” – mówi Anna. „Tak jak Ewa Minge?” – pytam i słyszę śmiech. „Tak. Dokładnie. Jak ona. To jej organizowałam pokazy. Uważam, że to najlepsza projektantka polska. Uwielbiam ją”.

Anna opowiada, że teraz Ylan, który w wieku szesnastu lat wylądował z plecakiem w Nowym Jorku i wkrótce został szefem stylistów w firmie jeansowej Fubu, pracując potem między innymi dla Kappa, jest zafascynowany czernią i bielą. „To dla mnie podstawa. Takie zderzenie. Krańce kontrastu” – mówi tuż przed pokazem Ylan, pokrzykując na ludzi kończących ostatnie ustawienia sceny. „Bo to ma być tak. Te dekoracje w kształcie pudeł mają sugerować, że modelki to lalki Barbie”.

Pudła są wymyślne, w różnych barwach, ale dziewczyny w czasie pokazu tam stojące rzeczywiście wyglądają jak laleczki. Białe sukienki. Szalenie proste. Bo Ylan i Anna nie chcą tym razem pokazywać haute couture, lecz pre^t-a`-porter. Mają dwa showroomy w Paryżu i w Warszawie, gdzie jest także ich butik. Paryski i brukselski zostaną otwarte w tym roku. Dwanaście pokazów od Londynu po Szanghaj jest planowanych na 2016 rok.
W Paryżu pokazały się polskie modelki. Proste białe sukienki, często zdobione srebrnymi guzami. W bieli kreacji dominuje element napoleoński – epolety. Świetnie, że dziewczyny mają po metr dziewięćdziesiąt i są ponętnie szczupłe. Te wojskowe ozdoby ich nie szpecą. A kiecki? Od tych, jakie noszono w czasach starożytnej Grecji, po Twiggy. „Wiesz, teraz nikt nic nie może wymyślić nowego. Sięga się do lat 80. i 70. Do klasyki” – wyjaśnia Anna. Tłumaczy, że od pewnego czasu to właśnie ta „klasyka” przerabiana na nowo jest najnowszym trendem.

Koniec pokazu. I oto prześliczna, zgrabna, monumentalnie zbudowana dziewczyna w czerni. Długa prosta suknia. Żadnych dodatków. Oszołamia klasyką i pięknem. Czarna Niagara spływająca po białym ciele modelki.

Marek Brzeziński






Najpopularniejsze

Zobacz także