X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Pociąg do sztuki (Tygodnik Angora)

Pociąg do sztuki (Tygodnik Angora)

Artykuł wprowadzono: 17 września 2016

Paryski nie-co-dziennik

Grand Train to wielki pociąg efemeryda. Stoi u podnóża Montmartre’u, przy ulicy Ordener, na ślepych, zarośniętych torach wrzynających się blizną w miasto – w kruchość minionych buntów, frywolność marzeń, impertynencję snów. Zabiera paryżan w wirtualną podróż Belle époque przemierzając czas przeszły, mityczny, dawno dokonany.




Grand Train, a raczej kilka starych pociągów, dworcowych poczekalni i barów, zrekonstruowano na jednej z nieistniejących już stacji nieistniejącego La Petite Ceinture (Mały pasek). To porzucona droga kolejowa, sierota paryskich peryferii drugiej połowy XIX wieku – 30-kilometrowe tory okrążające Miasto Świateł ciemnym konturem żelaza. Dudniły bluesem pociągów do lat 70. ubiegłego wieku, kiedy „Mały pasek” umarł na dobre przezwany „Małym wieńcem”. Do 16 października Grand Train połączy tamten świat z rzeczywistością. Usiadłem w barowym wagonie i jak w środku teatralnej sztuki nasłuchuję stukotu kół, wibracji nakrytych stołów. Za oknem uciekają fragmenty filmów, część scenografii, w jakiej ciemne tunele zmieniają się w ulice, place, perony ze śladami przez czas urwanego zgiełku legendarnych stacji.

Stacja: Musée de Montmartre. Tu mieli wspólną pracownię i tu mieszkali Suzanne Valadon, Maurice Utrillo i André Utter. Pierwsza była jedną z pierwszych kobiet uznanych malarek. Piękna, wyzwolona, muza Montmartre’u, która malarstwa uczyła się w atelier kochanków. Drugi, jej syn, zaczął malować, nakładając farby nożem na płótno w ramach antyalkoholowej terapii między kolejnymi atakami delirium tremens i próbami podcinania sobie żył. Raz kieliszek, raz arcydzieło, mówiono o malarzu. Nie lubił Montmartre’u, a został jego symbolem. Trzeci to kumpel Utrilla, który został jego ojczymem, bo Valadon tak skutecznie dawała mu malarskie wskazówki, że go poślubiła. W muzeum trwa wystawa „Artyści Montmartre’u”, na której obok tej piekielnej trójcy pokazano obrazy 20 innych malarzy, jak Signac, Bonnard, Toulouse-Lautrec, Modigliani, Kupka.
Stacja: Au Lapin Agile. Mocno rozkołysana oberża dawnej bohemy, w której bywało, że Renoir i Verlaine za długi podawali do stołu, a Apollinaire z Jacobem po kilku głębszych absyntach śpiewali heroiczną poezję. Do dziś na brudnej od tytoniowego dymu ścianie wisi Chrystus pod opieką dwóch złodziei z Golgoty.

Stacja: Bateau-Lavoir. Drewniany barak. Przystań „bandy Picassa”, malarzy o pustych brzuchach i genialnych pędzlach. Tu genialny Hiszpan poznał Chagalla, Matisse’a, Braque’a, tu przeżył swój Błękitny i Różowy Okres, tu spotykał piękną Fernandę Olivier, która zastąpiła mu uliczne dziewczyny, no i tu przywołując wspomnienia o barcelońskich prostytutkach, namalował „Panny z Awinionu”, najsłynniejszy obraz XX wieku, wcześniej nazywany „Burdelem z Awinionu” albo „Filozoficznym burdelem”.

Stacja: Espace Salvador Dali. Muzeum prowokatora, megalomana, twórcy miękkich zegarów i płonących żyraf, uzależnionego od sławy, złota, pieniędzy. Przyjechał do Paryża szukać kobiety, która by się zainteresowała jego erotycznymi fantazjami. I znalazł – żonę Paule’a Eluarda, Helenę Diakonoff, córkę rosyjskiego urzędnika znaną jako Gala. Zostawiła poetę Eluarda, by zdominować całą twórczość malarza. Została jego muzą i opiekunką. Leczyła go z szaleństwa, chroniła przed innymi i samym sobą. On ją ubóstwiał, obdarzył ekstrawaganckim kultem. Został mistykiem nazywającym siebie ekssurrealistą. Swój mistycyzm określił paranoiczno-krytycznym, polegającym na syntezie malarstwa, atomu i głębokiej duchowości łączonej z erotyką – „królewską drogą do ducha bożego”. Porównywał się do Nietzschego, ale w przeciwieństwie do filozofa uważał, że to nie on zwariował, a czasy, w których żył „skretyniały”. Czy aby minęły wraz z nim?

Stacja: Musée de la vie romantique. Niedaleko Café de la Nouvelle Athènes, historycznego miejsca spotkań impresjonistów: Moneta, Maneta, Degasa, Renoira. Muzeum słynie z najlepszej kawy, przy której słucham poetyckiej mowy wiązanej: – całuję przygodnie spotkanych/studentów lekarzy poetów… Lekarzem jest André Dziulko; tuż obok ma swój gabinet, najpopularniejszy doktor paryskiej Polonii. Rozmiłowany w twórczości Haliny Poświatowskiej przypomina jej wiersze na scenie teatru Déjaz Et, w monodramie „Kiedy sztuka lekarska jest poezją”, prezentowanym przez jego alter ego André-Richarda Magarin. – Kiedy umrę kochanie/gdy się ze słońcem rozstanę… – recytuje doktor „Haśkę” we własnym francuskim tłumaczeniu przy akompaniamencie gitarzysty Lenké z Gwinei Bissau. Łączy tytułową poezję z improwizowaną sztuką lekarską, która bez udziału medykamentów w sposób naturalny ma jak najdłużej utrzymać nas przy zdrowiu – aluzja do przedwczesnej śmierci poetki. Doktor w pantomimicznym geście pływa na sucho, gra w koszykówkę, spektakularnie „chudnie” 10 kg w ciągu kilku sekund, ćwicząc najważniejszy mięsień po sercu – przeponę. Po czym w kucki wraca do mowy wiązanej: płomień skacze po słowach/nim spokojnie w popiele nie uśnie…

Słowa rozpadają się w bezkształtne plamy jak uciekające krajobrazy za oknem pociągu pędzącego przez czas – już przeszły, bo w chwili tej dokonany.






Najpopularniejsze

Zobacz także