X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Piwniczne światło Prowansji

Piwniczne światło Prowansji

Artykuł wprowadzono: 20 marca 2022

Paryski nie-co-dziennik

Wiosna. Więcej słońca, światła, nadziei. Nie dla wszystkich. Jedni uciekają do metra, schronów, piwnic. Inni tłoczą się w betonowej hali dawnej fabrycznej odlewni. Ci „inni” to szczęściarze. To paryscy miłośnicy sztuki szukający wrażeń w multimedialnym Atelier des Lumières (Atelier Świateł), w cyfrowym centrum sztuki poświęconym wystawom immersyjnym, gdzie prezentowane są dzieła w formie gigantycznych projekcji na murach o wysokości 10 metrów.

Ulica Saint-Maur w XI dzielnicy Paryża. Stare dziedzińce, brukowane podwórka, fabryki zamienione w lofty. Na trotuarze przed nr. 38 tłoczno. To tu dzięki nowym technologiom odbywają się immersyjne spektakle-wystawy zwielokrotnionych, gigantycznych dzieł artystów, ilustrowane muzyką z przestrzennego systemu audio. W tym multimedialnym show prezentowano twórczość Klimta, Dalego, Van Gogha czy też „Śródziemnomorskie podróże” dwudziestu innych malarzy, takich jak Matisse, Monet, Renoir, Chagall, Miró.

Przed Atelier Świateł przyciąga uwagę reprodukcja góry Sainte-Victoire, która promuje kolejny pokaz-ekspozycję – „Cézanne, światło Prowansji”. Obok tego spektakularnego dzieła Cézanne’a stoi kilku ukraińskich uchodźców. Sainte-Victoire! Góra Świętej Wiktorii, Góra Zwycięstwa, która upamiętnia zwycięstwo Mariusa nad barbarzyńską hordą Cymbrów i Teutonów. Kto wie? Może niedługo inny już Marius alias Zełenski zatrzyma inną barbarzyńską hordę, tę zbójeckiego Putina, co to pokpiwał z prezydenckiego „klauna” Ukrainy.

I z Cézanne’a na początku kpiono, naśmiewano się, że jego nazwisko „Cézanne” brzmi identycznie jak seize ânes, co po francusku znaczy „szesnaście osłów”. Długo sztukę tego francuskiego samotnika z Aix określano „malarstwem pijanego śmieciarza”, „olejnym paskudztwem”, aż w końcu nie tylko doceniono jego nowatorstwo, ale i okrzyknięto go objawieniem modernizmu, „ojcem wszystkich malarzy”, twórcą przełomu, jaki dokonał się w sztuce XX wieku.

Wchodzę do tej betonowej hali fabrycznej o powierzchni ścian ponad 3 tys. mkw. Całą wypełniają pociągnięcia pędzlem, mozaika barwnych płaszczyzn, tony i półtony, ślady pełgające, kręte, wijące, owale, stożki, elipsy. Świetlistość rośnie, unosi się, pęcznieje. Wyłaniają się: słońce, kolory, natura – trzy obsesyjne wręcz motywy malarza, który Paryż chciał zachwycić jabłkiem. I zachwycił. Nie tylko martwą naturą, ale całą twórczością. Niestety – jak wyznał – „Za późno”. Dopiero przed śmiercią doczekał się uznania, szacunku, rozgłosu, a po śmierci – zaczął się wręcz kult malarza.

Widać jego rodzinne Aix-en-Provence. Kamienna zabudowa, wąskie uliczki, czerwone dachy. A dalej – czerwona ziemia, doliny, winnice, śródziemnomorska roślinność. Droga w Tholonet, Bibémus, atelier des Lauves, atelier światła i milczenia. Spalona słońcem prowansalska ziemia. Lawendowe pola, migdałowce, figowce, sady oliwne. Przesuwają się wzgórza okolic Aix. Pejzaże… I „Kąpiące się”, którym malarz poświęcił serię obrazów, akwarel, rysunków. Rozpuszczone włosy spływają strugami. Nagie ciała. Dziwnie androginiczne, odseksualnione. Nie, one nie są rozebrane, one nigdy nie były ubrane. Wtapiają się w otoczenie. Kolory kąpiących się kobiet, ich brązowe włosy multiplikują się w krajobrazie brązowych pni drzew, harmonijnie wtapiając się w organiczne formy przyrody.

Paul Cézanne upajał się malarstwem jak alkoholem. Więcej: to było jego poszukiwanie absolutu, gdzie Bóg, jak sztuka, jest coraz twardszym narkotykiem. Jest jakaś tajemnica w jego dziele, tkwi w formie, jaką chciał rywalizować i z Bogiem, i z Naturą. Nic więcej się nie liczyło. Żył tylko dla sztuki, wszystko inne schodziło na dalszy plan: rodzina, przyjaciele, proste czy bardziej wyszukane przyjemności.

Jest! Jest ów genius loci: dominująca nad Aix góra Sainte-Victoire, podobna do ułożonego z kamieni iskrzącego się ochrą stożka. 1011 metrów wrośniętych w ziemski pejzaż i w niebo patrzących. Góra symbol. Korona krajobrazu. Widok z niej rozciąga się na całą Prowansję i zaczątek Alp. Cézanne malował „Wiktorię” z daleka i z bliska, niezliczoną ilość razy, jeszcze na kilka dni przed śmiercią. Żeby ukończyć jeden obraz, potrzebował czasami miesięcy, a bywało, że lat; najchętniej w ogóle by ich nie kończył, żeby na zawsze mogły pozostać non finito. Góra pod jego pędzlem zmieniała się, a u schyłku życia stała się prawie abstrakcyjna. Lecz do końca jest rozpoznawalna, choć tworzące ją plamy z czasem można postrzegać każdą z osobna. Plany i tło się przenikają, zamazują, w końcu ciągnie się przez nie już tylko światło.

Chcę traktować naturę jak walec, kulę, stożek – pisał. Linie równoległe do horyzontu dają rozciągłość, linie prostopadłe do horyzontu dają głębię. Otóż, natura dla nas, ludzi, bardziej jest w głębi niż na powierzchni. To pierwszy krok do kubizmu, do abstrakcji. Deformacje przedmiotów, krzywe linie, niespójność konturów. Nowatorskie odkrycie. Ba – zwycięstwo!

Wychodzę z tej betonowej, piwnicznej hali. Pod Atelier des Lumières, przy plakacie Sainte-Victoire, ciągle stoją ukraińscy uchodźcy. Świętego zwycięstwa! Nad tą nową barbarzyńską hordą. Za waszą i za naszą w o l n o ś ć.

Leszek Turkiewicz

Cézanne i Kandinsky w paryskim Atelier des Lumières




Najpopularniejsze

Zobacz także