X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Piękno konwulsji  (czyli ogień w dupie) (Tygodnik Angora)

Piękno konwulsji (czyli ogień w dupie) (Tygodnik Angora)

Artykuł wprowadzono: 6 listopada 2016

Paryski nie-co-dziennik

Chcemy wolności absolutnej, ekstremalnej, zuchwałej. Ziemia jest dostatecznie sucha, już gotowa do orgiastycznego pożaru; a więc: Ogień w dupę! (Le feu au cul) – agitowali rewolucyjni surrea­liści. Ich papież, jak go nazywali przeciwnicy, tłumaczył w manifeście: Najprostszy surrealistyczny akt to wyjść na ulicę z pistoletem w ręku i strzelać w tłum na oślep. Bo piękno albo jest konwulsyjne, albo go nie ma wcale. Jest erotyczne i zamas­kowane, wybuchowe i stabilne, magiczne i okolicznościowe. Piękno konwulsji! Wybucha na bezdrożach jawy i snu – szaleństwem, miłością, wolnością poetyckiego przypadku.



Ów „papież” to Breton. Jego głos zamilkł dokładnie 50 lat temu (urodził się 120 lat temu, a ostatni manifest surrealistyczny ogłosił 70 lat temu). Z tej okazji Centrum Pompidou oddaje hołd francuskiemu poecie, teoretykowi i przywódcy ruchu, wystawą – „André Breton, surrealizm i polityka; o czasach, kiedy surrealiści mieli rację”. Czyli od końca pierwszej wojny światowej po lata 60. ubiegłego wieku, kiedy to autor trzech manifestów dominował na artystycznej scenie. Uosabiał surrealizm, w którym chciał widzieć nie tylko wymiar artystyczny, ale i polityczny, włączając go w służbę komunizmu, godząc freudyzm z marksizmem.
Wystawa akcentuje swoistą formułę działania Bretona, jaką zawarł w przemówieniu na kongresie pisarzy w 1935 roku, która stała się dewizą surrealistów: „Zmienić świat”, powiedział Marks; „Zmienić życie”, powiedział Rimbaud – te dwa hasła stanowią dla nas jedno. To być może jedyna rewolucja XX wieku, która się powiodła. Na swych usługach miała wyjątkowych prowokatorów, buntowników, gwałcicieli sztuki. Parys­ka ekspozycja przywołuje Marcela Duchampa, André Massona, Luisa Fernándeza, Joana Miró, Mana Raya, Maxa Ernsta i Salvadora Dalego z jego „Sześcioma wizerunkami Lenina na pianinie” oraz grafiką „Czasami pluję z przyjemnością na moją matkę”. Z Dalim Breton popadł w konflikt, i nie tylko z nim, również z Aragonem, éluardem czy z najbardziej racjonalnym surrealistą René Magritte’em.

Wystawa wokół Bretona odbywa się w cieniu wielkiej retrospektywy Magritte’a, hitu paryskiej jesieni (Nie-co-dziennik, „Angora” nr 44). Odbywa się w ciasnej sali, więc aby przestrzenniej śnić ów surrealis­tyczny sen, zostawiłem Beaubourg – jak paryżanie nazywają Centrum Pompidou, przybytek sztuki kojarzony z rafinerią, terminalem lotniska lub koszem na langusty – i ruszyłem w plener, historyczne epicentrum surrealistycznej rewolucji.
Ulica Fontaine 42. Breton miał tu atelier, w którym przy wyszukanych podnietach jego „nadrealni goście” wyostrzali poglądy, zwalczali się, przeciągali artystyczne kłótnie i bójki w noc głęboką. Uspokajali się dopiero w dość dwuznacznym świetle okolicznych knajpek pasaży Panoramas, Jouffroy i Verdeau, „w pół drogi między sennym marzeniem a otrzeźwiającą ich jawą rzeczywistości”, jak to ujął jeden z nich, Louis Aragon.

Park Buttes Chaumont. Surrealiści penetrowali go w poszukiwaniu cudowności – „cudownie nadzwyczajnej codzienności”. A „cudo” to wzniesiono na wysypisku śmieci. Zalesiony skalisty teren wokół sztucznego jeziora z 50-metrową górą tworzącą wyspę, na którą prowadzą dwa wysokie mosty (jeden samobójców). Obok piętrzą się himalajskie cedry, pawie, wodospad, jaskinia ze stalaktytami. Słowem, miraż miejski.

Ulica Blomet, gdzie Breton zaglądał do pracowni Joana Miró. Ten gubił w niej rzeczywistość w fantastycznym świecie malarskich poematów, inspirowanych dziecięcą kreską. Wyobraźnia malarza wibrowała kolorem, kierowała się ku gwiezdnym konstelacjom, znakom lekkim, wolnym, przestrzennym, uwalniała płacz dziecka w kołysce, wycie zakochanej dziwki albo ujadanie psa do księżyca. „Interesuje mnie tylko taka sztuka, która się wyłania z otchłani nieświadomości”. Surrea­liści odrzucali wszystko, co podlegało racjonalnemu wyjaśnieniu, szukali tajemnego języka, eksperymentowali ze snami w hipnozie, domagali się prawa dla wyobraźni bez jakiejkolwiek kontroli rozumu. Na ulicę Blomet przychodzili Jacob, éluard, Pound, Artaud, Tzara, Ernst, Arp i inni mistrzowie „psychicznego automatyzmu”. Ciągle czuwa tam „Księżycowy ptak” z brązu, rzeźbiarski ślad po Miró.

Plac Dauphine. Ukryty na wyspie Cité niczym wilgotna przystań w ciele kobiety. Intrygował Bretona swą „trójkątną formą ze środkową szczeliną, co ją rozdziela na dwa zagajniki, odsłaniając idealne łono kobiety-miasta”. Miłość, seks i kobieta były świątynią surrealistów, prowadziły do „kontaktu z głębokimi siłami, do zespolenia egzystencji i esencji, do erotycznego delirium bądź takiego piękna, które jest sumą świadomości naszych zboczeń”.

W końcu cmentarz dzielnicy Batignolles, na którym pochowano „Poszukiwacza złota czasów”, co André Breton jako epitafium kazał sobie wypisać na grobie. Pięćdziesiąt lat minęło od jego śmierci, ale surrealizm nie przestał dawać lekcji wolności. Wraca meandrami naszej psychiki, miesza koszmar z pragnieniem, wydobywa fantazyjne kształty – seksu, śmierci, absurdu. Jak w kinie. Bo i odwoływali się do niego Buñuel, Hitchcock, a dziś Lynch. Breton i jego ruch wiecznie żywy! No cóż: przeżył nie tylko sześciu Leninów z obrazu Dalego.






Najpopularniejsze

Zobacz także