X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Pawlikowski: lubię robić filmy o ludziach, których rzeczywiście czuję

Pawlikowski: lubię robić filmy o ludziach, których rzeczywiście czuję

Artykuł wprowadzono: 24 października 2018

Niedawno na ekrany francuskich kin weszła ciesząca się dużą popularnością, nominowana do Oscara „Zimna Wojna”. O filmie i o refleksjach towarzyszących jego tworzeniu opowiada sam reżyser – Paweł Pawlikowski.

iFrancja: Zimna wojna – to tytuł dość niejednoznaczny. Na początku mogłoby się wydawać, że będzie to kolejny stricte historyczny film, jednak już po pierwszych minutach można dostrzec, że ma on drugie dno, jakim jest historia Zuli i Wiktora. Do czego zatem odnosi się tytułowa zimna wojna?

P.P: Jak sama Pani zauważyła, jest to faktycznie dość niejednoznaczny tytuł, a drugie dno to tak naprawdę pierwsze. To zawsze była historia Zuli i Wiktora, ta historia jest nie tylko tłem, ale ma ciągły wpływ na ich sytuację, jest otoczką, w której się to wszystko odbywa. To historia o dwóch postaciach – niedobranych, niedopasowanych, które się na zmianę zakochują, odkochują, tęsknią. Cały czas coś przeszkadza – polityka, wygnanie, a ostatecznie sami sobie przeszkadzają.

iFrancja: W jednej z wypowiedzi przyznał Pan, że chciałby, aby Pana filmy były rodzajem „antydziennikarstwa”, żeby mówiły przez bohaterów. Co więc chciał Pan powiedzieć przez postać Zuli i Wiktora?

P.P: Nie chciałbym tego za bardzo tłumaczyć, bo tu właśnie zaczyna się dziennikarstwo i publicystyka. Ten film mówi sam za siebie. Opowiada o tym, że życie jest skomplikowane, że jesteśmy pełni paradoksów, że nigdy nie wiadomo czy nasze problemy są naszymi wewnętrznymi problemami, gdzie się kończy zewnętrzny wpływ historii, gdzie się zaczyna jakiś problem psychologiczny, czy miłość jest w ogóle możliwa, czy miłość może być absolutem. Takie refleksje widzowie mogą dostrzec w filmie.

iFrancja: Przez wielu krytyków i recenzentów film jest uznawany za melodramat, jednak brak w nim rzewnych rozstań bohaterów, ich podniosłych spotkań – takich klasycznych melodramatycznych elementów. U Pana większość emocji jest niewypowiedzianych, niejednoznacznych. Czy można powiedzieć, że jest to taki autorski styl wyrażania miłości w Pana filmach?

P.P: Dobrze Pani to ujęła. W pewnym stopniu jest to gdzieś melodramat, ale nie w formie. A czy jest to autorski styl? Próbuję jakoś dopowiedzieć to po swojemu, ale czy pojęcie melodramatu pasuje, to już problem odbiorców.

iFrancja: Podczas życiowych kryzysów ucieka Pan do komedii, które nazywa Pan „szlachetnym gatunkiem”. Czemu nie podjął się Pan stworzenia komedii tak, żeby zaskoczyć swoich widzów?




P.P:  W zasadzie kiedyś zrobiłem komedię, ale nie do końca mnie ona usatysfakcjonowała. To był taki film o Dostojewskim, o jego prawnuku. Była to czysta komedia, ale czegoś mi tam było brak. Częściej zdarza mi się, że ludzi bawią nieoczywiste sceny w filmach, których nie postrzegam jako komedie. Nawet teraz, kiedy oglądałem z publicznością „Zimną Wojnę” w Warszawie, to ludzie w pewnych momentach chichotali. Lubię więc taką mieszankę, tak jak jest w życiu – że coś jest śmieszne, coś tragiczne, smutne, absurdalne, wszystko razem. Komedia to jest jednak taki rodzaj filmowy, w którym trzeba się trzymać pewnych reguł, a ja lubię jak moje filmy rządzą się własnymi prawami, gdy nie wiadomo do końca czym są: melodramatem, komedią, tragedią – niektórzy są zdruzgotani końcem tego filmu, niektórzy wychodzą w jakimś uniesieniu. Lubię, żeby film sam siebie określił, żeby było w nim coś niejednoznacznego.

iFrancja: Powiedział Pan kiedyś, że „Zimna Wojna” jest swego rodzaju „ucieczką od dzisiejszości”, że szuka Pan prostszych sytuacji. Czy według Pana dzisiejszy świat jest bardziej skomplikowany niż ten zimnowojenny?

P.P: Nie wiem czy skomplikowany. Jest bardziej nieciekawy, taki rozmyty, odbywa się przede wszystkim w sferze cyfrowej – życie emocjonalne przeniosło się do telefonu. Bardzo dużo takich wyborów, wiemy, że ze wszystkiego można się wycofać, wszystko zacząć, trudno o tym opowiadać. Są reżyserzy, którzy świetnie to robią. Jest taki szwedzki reżyser – Ruben Östlund, który zrobił film „The Square”. On genialnie opowiada o dzisiejszym świecie. On to ma, a ja tego nie mam. Ja po prostu lubię robić filmy o ludziach, których rzeczywiście czuję na ekranie, ludzi, których można pokochać. Lubię ich trochę torturować, ale lubię ich też wznosić na piedestał, żeby stali się jakimiś ikonami, żeby byli uniwersalnie ciekawi.  Trochę mniej interesują mnie dzisiejsze sytuacje, gdzie w każdej chwili można gdzieś pojechać, kogoś innego spotkać, gdzie ludzie nie patrzą sobie w oczy zbyt często. To jest dla mnie filmowo nieciekawe, życiowo zresztą też nie.

iFrancja: Duża część akcji filmu toczy się we Francji. Jakiej więc reakcji spodziewa się Pan ze strony tutejszej publiczności?

P.P: W każdym kraju jest jakoś inaczej, trudno powiedzieć. We Francji publiczność jest taka trochę wycwaniona, taka nadzwyczaj intelektualna, więc nie wiem czy im się spodoba, czy się poddadzą magii filmu. Chciałbym, żeby tak było i żeby oglądali go sercem. 

iFrancja: Tego więc życzymy, dziękujemy za rozmowę.

Natalia Pochroń
Katarzyna Konopka






Najpopularniejsze

Zobacz także