X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Tygodnik Angora – Paryż to kochanka, z którą ma się prawdziwy lub wyimaginowany flirt

Artykuł wprowadzono: 23 sierpnia 2014

Angora mini
Paryski nie-co-dziennik
Miasto w mieście

Paryż to kochanka, z którą ma się prawdziwy lub wyimaginowany flirt. A flirt, jak to flirt, na ogół przelotny jest. Czas go kończyć. Została najbardziej na wschód wysunięta „dwudziestka”, miasto w mieście wielkich sław, tych, co tu mieszkali, jak Georges Perec, Edith Piaf, Maurice Chevalier, Serge Gainsbourg, ale przede wszystkich tych, którzy tu zostali na zawsze, na cmentarzu Pe`re-Lachaise. Ex oriente lux – światło ze wschodu (przychodzi). Więc idźmy tam przez ostatnią XX dzielnicę Miasta Świateł.


Przede mną uboga ulica Piat. Stąd roztacza się jeden z piękniejszych widoków na Paryż. Obok rue Belleville, północna granica dzielnicy, ulica, przy której urodziła się Edith Piaf pod nr. 72, choć legenda głosi, że przyszła na świat pod uliczną latarnią. Świat, który zachwycił się jej głosem. – Mon Dieu, Milordzie! Niczego nie żałuję. Padam, padam, padam…
Schodzę niżej, na Ménilmontant – tak całą „dwudziestkę” czasami się nazywa. Na dole wieje silny kosmopolityczny wiatr, bo to świat w miniaturze. Obok siebie żyją różne rasy i wyznania – chrześcijanie, żydzi, muzułmanie, animiści, bliżej nieokreśleni postmoderniści i wszelkiej maści ateusze ducha. Na ulicach pełna egzotyka: afrykańskie kobiety w jaskrawych batikach z rytualnie pociętymi twarzami, mężczyźni w burnusach, Arabki w chustach, żydówki w perukach. Gdzieś tutaj, przy zagubionej uliczce Vilin 24, urodził się w rodzinie polskich Żydów pisarz Georges Perec, jeden z najwybitniejszych eksperymentatorów literackiej formy, autor Życia instrukcji obsługi. Ma w tej dzielnicy ulicę swego imienia, jak inna polska Żydówka Héle`ne Jakubowicz, aktywistka ruchu oporu, która podzieliła los 76 tys. Żydów zesłanych do obozów śmierci przez francuską policję kolaborującą z nazistami.
Przy bulwarze Belleville mijam najmniejszy kabaret Europy Le Zebre i skręcam w ulicę Ménilmontant, co prowadzi mnie do rue Pyrénées ciągnącej się przez całą XX dzielnicę. Jest długa, 401 numerów. Idąc nią, zaglądam w zaułek Westchnień (passage des Soupirs) kończący się ulicą de la Chine, gdzie „Sergio” Gainsbourg spędzał dzieciństwo nieświadom swej przyszłości dekadenckiego dandysa. Na schodach zaułka westchnąłem: Je t’aime moi non plus i mijając plac Gambetta, dotarłem do Charonne – „wsi paryskiej”. Ta dawna osada zachowała swą wiejską odmienność, tuląc się do zachwycającego kościółka Saint-Germain de Charonne, jedynego obok Saint-Pierre de Montmartre, otoczonego przykościelnym cmentarzem. Siedząc w skrzypiących ławach i słuchając dzwonów wybijających godziny, ma się wrażenie, że to nie ziemski czas wokół płynie, a przynajmniej nie paryski.
Idąc dalej, jest jeszcze bardziej zaskakująco. Na wysokości numerów 113 – 115 ulicy Pyrénées wyraźnie zagęszczają się ślepe zaułki. Uderzają dwa: Szatana (Impasse Satan) i Boga (Passage Dieu). Kiedyś był tu dziki ogród z wysokimi trawami i starą, na wpół walącą się ścianą przypominającą, w którym punkcie czasu i przestrzeni się znajdujemy. Widniały na niej graffiti przedstawiające Boga i Szatana w wiecznym uścisku oraz słoneczny zegar i współrzędne geograficzne: 48°51” szerokości północnej i 2°24” długości wschodniej. I ten napis: Bóg umarł. Podpisano: Nietzsche. A obok: Nietzsche umarł. Podpisano: Bóg. Komu wierzyć? Czyżby odpowiedź była na cmentarzu, do którego stąd tak blisko. Przynajmniej francuski katolicyzm tam dryfuje.
Za zaułkiem Boga są jeszcze uliczki św. Pawła i św. Piotra. Obie przesiąknięte zwątpieniem i niewiarą. W całym Paryżu prócz zaułka jest też ulica Boga i 225 ulic świętych. Ale to niewiele zmienia. A przecież: – Na początku był Bóg! Sam. I znowu sam zostanie? Francja, pierwsza córa Kościoła, przechodzi na stronę religii bez Boga, a jeszcze w latach 60. wielki ateusz egzystencjalizmu Jean-Paul Sartre pisał o sobie i swych rodakach: „Wszyscy jesteśmy katolikami”.


225 ulic świętych. Miasto świętych? Raczej sztuki, flirtu, wina, miłości… Tak, tutaj zostanę, w Bistro a` vin Saint Amour – łączy wino, miłość i świętych. Tu, pod Świętą Miłością, zakończę pielgrzymkę po XX dzielnicy Paryża – tuż przy bramie cmentarza Pe`re-Lachaise. Przy największej promenadzie miasta schowanej w labiryncie 15 kilometrów alejek, 5 tysięcy drzew i miliona duchów, licząc tylko tych w oficjalnym rejestrze, pośród których spacerują paryżanie i turyści. Jedni i drudzy zaglądają do bistra pod Świętą Miłością, w którym zdążyłem już zamówić szklaneczkę morgon. Zaszumiało w głowie. I z tym ulotnym szumem poczułem woń palonej marihuany nad grobem Morrisona, dosłyszałem fortepianowe dźwięki Szopena dobiegające z kwatery nr 11, dojrzałem zawsze niewidzące, migdałowe oczy kobiet Modiglianiego. A obok roześmiane twarze piją wino i szampana, ściskają się, całują. Miłość?… Czymże ona jest jak nie tajemnicą korka i butelki. Czy dlatego żadnego innego miasta tak nie pokochano?
Jest coś, co pcha na koniec tych ulic, ogrodów, mostów, a i tak najważniejszych miejsc nie ma na żadnym planie – nosi się je w sobie. Jak tę noc, co zapada. – Ale nawet jak uśniesz, nie czekaj, aż się obudzisz, idź dalej – mruczy Księżyc, powiedzmy, że do Człowieka, który śpi, Georges’a Pereca. Takiego dnia jak ten, może trochę później, może trochę wcześniej, wszystko rozpocznie się od nowa. Bo wszystko się zaczyna i wszystko trwa. A że bez nas… Nic nie jest doskonałe, nawet ta miłość – korka i butelki.






Najpopularniejsze

Zobacz także