X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Paryski nie-co-dziennik: W medytacyjnej celi – Tygodnik Angora

Paryski nie-co-dziennik: W medytacyjnej celi – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 31 stycznia 2015

– Jestem David Lynch, eagle scout, urodzony w Missouli, stan Montana. Po Los Angeles, gdzie mieszkam, w ulubionym Paryżu spędzam najwięcej czasu – schlebia paryżanom twórca „Lost Highway”. Prześwietlona twarz filmowca niczym anioł nadziei spogląda na przechodniów z wysokości niemal każdego kiosku z prasą, zdobiąc pismo „Vivre Paris”. Tytuł: „David Lynch o medytacji”. – To tak, jakbyśmy byli milionerami, ale pieniędzy z banku nie wyciągamy, bo brak nam karty kredytowej, którą jest medytacja. Dzięki niej dostaniemy się do wewnętrznego skarbca w głębi nas samych.


W iście amerykański sposób medytujący od 40 lat reżyser propaguje swą największą pasję życia, która staje się nową modą Zachodu. Uległem pokusie i również postanowiłem zrobić skok na wewnętrzną kasę, nawet jeśli bym miał zostać ostatnim nieudacznikiem w medytacyjnej celi. Wybrałem odmienną od Lyncha technikę – Vipassanę, która wydała mi się mniej merkantylna, a bardziej wymagająca od jego Medytacji Transcendentalnej. Vipassana (oznacza wgląd, widzenie rzeczy takimi, jakie są) to jedna z najstarszych technik medytacyjnych, których prawa własności należą się Buddzie. Istnieje ponad sto ośrodków, gdzie na 10-dniowych kursach można poznać tę metodę z założenia uniwersalną i ponadreligijną opracowaną przez Birmańczyka S.N. Goenkę. Łączy ciało i umysł w jedno, gdzie przechowywane nieprzyjemne uwarunkowania z przeszłości można uwolnić metodami opartymi na działaniu fizycznym, co przypomina pewne koncepcje psychologii współczesnej (np. Wilhelma Reicha). Nieco nieufny wybrałem jeden z ośrodków, by poddać się operacji na umyśle.
Dzień pierwszy. Przyjęto sto osób (tyle może pomieścić ośrodek) w wieku od 18 do 70 lat. Kobiety i mężczyzn odseparowano, znajomych i rodziny też. Aby uczestniczyć w kursie, trzeba zobowiązać się do przestrzegania ściśle określonych reguł, z których najważniejsza jest reguła milczenia zabraniająca nawet wzrokowego kontaktu z innymi uczestnikami. Kontakt ze światem zewnętrznym również jest zabroniony. Telefony należy złożyć do depozytu, także materiały do czytania i pisania oraz wszelkie przedmioty kultu. Zasadą jest medytowanie tak, jakby się było w zupełnym odosobnieniu, z umysłem zwróconym wyłącznie w głąb siebie. Rozkład dnia przewiduje pobudkę o 4 rano, godzinne i dwugodzinne sesje wspólnych i indywidualnych medytacji, łącznie 11 godzin, dwa posiłki o 6.30 i 11, herbatę o 17, półtoragodzinny poobiedni odpoczynek, wykład i ewentualne indywidualne spotkanie z nauczycielem.

Dzień drugi, trzeci i czwarty. Jak w więzieniu. Autorepresja. Walka z bólem i niewygodą, by utrzymać wielogodzinną nieruchomą pozycję medytacyjną. Życie ogranicza się do kilkudziesięciometrowego spacerniaka i własnego kąta do medytacji wielkości jednego metra kwadratowego oraz do obserwacji oddechu, otwierającego drogę do rzeczywistości ciała i umysłu. Oddech jest jedyną funkcją ciała, która może być świadoma albo nieświadoma, sterowana lub automatyczna, jest pomostem między znanym i nieznanym. Przymykamy oczy i koncentrujemy się wyłącznie na naturalnym oddechu (jakiekolwiek mantry czy wizualizacje są zabronione), aby za pomocą oddechu zapanować nad umysłem uciekającym myślami w przeszłość i przyszłość, a następnie na tyle umysł wyostrzyć, by nabrał zdolności głębszego wglądu, autopenetracji swej fizyczno-umysłowej struktury, by sięgnąć granicy świadomego i nieświadomego. To katorżnicza praca nad sobą. Rodzi zwątpienie, bunt, chęć ucieczki. Niektórzy nie wytrzymują.
Dzień piąty, szósty i siódmy. Jak w psychiatryku snujemy się po meandrach własnej psychiki. Kiedy umysł się uspokaja, poszerzamy obszar obserwacji z oddechu na doznania fizyczne, przesuwając uwagę po całym ciele. Na początku jest zwarte. Skupiamy się na poszczególnych jego fragmentach, blokadach, napięciach, a gdy ustępują, to i poczucie zwartości zaczyna znikać, jakby ulegało rozpuszczeniu. Wtedy można płynnie przesuwać uwagę od głowy do stóp i z powrotem. Dzięki takiemu „opływaniu” mentalne ślady zanieczyszczeń z przeszłości, stare odpady pragnień i niechęci utrwalone na najgłębszym poziomie nieświadomości zostają poruszone i zaczynają wydostawać się na powierzchnię, zazwyczaj jako nieprzyjemne (ale i przyjemne) doznania w ciele. Cała ta negatywna zawartość mentalna, bezstronnie obserwowana, ulega zanikowi. Umysł się oczyszcza. Ciało pulsuje, wibruje, faluje.

Dzień ósmy i dziewiąty. Jak w eksperymentalnym teatrze cieni gramy w sztuce o nietrwałości wszystkiego. Doświadczamy przemijalności i rozpadu na poziomie subtelnych doznań pojawiających się na powierzchni i w głębi ciała. Staramy się je obserwować ze spokojnym i zrównoważonym umysłem, bez nawyku ślepego reagowania negatywnym lub pozytywnym odczuciem, wtedy doznania tracą swą moc i przemijają. Znikają, a wraz z nimi warstwa za warstwą eliminowane są umysłowe uwarunkowania, kompleksy, negatywne emocje.
Dzień dziesiąty. Może to i rodzaj olśnienia. Na pewno jest odkrywczo, świeżo, inaczej. Zwiększony przepływ energii, wyostrzone zmysły, mniejszy dystans do bardziej przyjaznego świata. Umysł jakby zatrzymał się w teraźniejszości. Puszczam swe ciało i idę za oddechem zanurzonym w pojawiającej się i przemijającej chwili. Czy to ten flow (przepływ), o którym mówi psychologia szczęścia? Nie, nie było odpowiedzi.






Najpopularniejsze

Zobacz także