X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Paryski nie-co-dziennik: Giedroyc na Wyspie – Tygodnik Angora

Paryski nie-co-dziennik: Giedroyc na Wyspie – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 28 lutego 2015

Cisza, toniemy… Takie memento umieścił twórca paryskiej Kultury w swym gabinecie na polityczno-uchodźczej wyspie w podparyskim Maisons-Laffitte. Nie utonął, ale – sam przeciw Tebom, jak pisał Lem – nie dopłynął do wymarzonej Polski. Był maksymalistą. Dziś na innej sekwańskiej wyspie Świętego Ludwika odbywa się wystawa – „Jerzy Giedroyc i jego dzieło”.


Wyspa Świętego Ludwika należała do najbardziej polskich dzielnic Paryża. Tu po powstaniu listopadowym „panował” Hôtel Lambert z Adamem Czartoryskim, wokół którego tworzył się niepodległościowy dwór wynoszący księcia do roli polskiego suwerena bez korony. Tu mieszkała Maria Skłodowska i ciągle działa najstarsza polska placówka kulturalna poza granicami kraju – Towarzystwo Historyczno-Literackie z Biblioteką Polską. To w Bibliotece ma miejsce wystawa poświęcona redaktorowi Kultury, najważniejszego polskiego pisma powojennego półwiecza, w miejscu, w którym przyjmował jeden ze swych doktoratów honoris causa. Innych odznaczeń odmówił, w tym najwyższego – Orderu Orła Białego.

Jerzy Giedroyc, też książę, potomek litewskiej rodziny szlacheckiej, zatrzymał się w Hôtelu Lambert w 1946. Rok później przeniósł do Maisons-Laffitte kierowany przez siebie Instytut Literacki, powstały w Rzymie przy II Korpusie Władysława Andersa i wywiesił „czarną chorągiew anarchii”, uniezależniając się w swej misji budowania „nowego Hôtelu Lambert”. Nie miał ani politycznego zaplecza, ani fortuny, jedynie słowo, z którego uczynił oręż walki o wolną Polskę. Tak jak w Czartoryskim widziano niekoronowanego króla, tak w nim idealnego premiera, depozytariusza polskiej racji stanu. Jego Laffitte stał się symbolem wolnej Polski, gdzie powstawały nowe polityczne koncepcje łączone z wolną kulturą narodu.

Giedroyc (z Mieroszewskim) wypracował założenia polskiej polityki wschodniej, wolnej od narodowej megalomanii oraz kompleksu niższości wobec Zachodu i wyższości wobec Wschodu. Koncepcja „ULB” zakładała suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi za niezbędną dla niepodległości Polski, gdyż zdominowanie ich przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia Polski. Niemal polską racją stanu powinna być polityczno-międzynarodowa niezależność tych państw przy jednoczesnym utrzymywaniu przez Polskę możliwie dobrych stosunków z Rosją. „Niepodległość i stabilizacja Ukrainy, Białorusi i krajów bałtyckich należy do naszych żywotnych interesów. Niepodległa Ukraina jest dla naszego bezpieczeństwa i wolności cenniejsza nawet niż NATO. Będąc w NATO, i tak – w razie ekstremalnego zagrożenia – skończymy podobnie jak w 1939. Możemy liczyć tylko na akcję humanitarną i wyrazy współczucia, ale na nic więcej”. Redaktor również przewidywał (z o. Bocheńskim) już w 1951 roku, w „Manifeście Demokratycznym”, wolne, narodowe kantony zjednoczonej Europy jako szansę dla Starego Kontynentu i Polski.

Był twórcą nowej szkoły myślenia o państwie polskim i jego obywatelach, bez martyrologii i roztkliwiania się nad sobą. Sprzeciwiał się stereotypowi Polaka katolika, widząc w nacjonalizmie i klerykalizmie zagrożenie dla kraju. „Polityka nie jest sakramentem. Kto chce ją uprawiać, musi czuć zmieniającą się rzeczywistość. Musi umieć zachować twarde zasady, ale i zmieniać poglądy, by nad nią zapanować w interesie narodu”.
Giedroyc łączył etos niepodłego państwa z jego kulturą. Nieprzypadkowo do kręgu „widzialnej i niewidzialnej redakcji «Kultury»” należeli Gombrowicz, Miłosz, Czapski, Herling-Grudziński, Herbert, Hłasko, Kołakowski i inni; także Camus, Eliot, Cioran, Malraux. W bibliotece „Kultury”, oprócz polskich autorów, wydawał książki Orwella, Arona, Weil, Pasternaka, Achmatowej, Sołżenicyna, łącznie ok. 400 tytułów, i właśnie ta jego działalność wydawnicza jest osią paryskiej wystawy.

Po obejrzeniu „Dzieła Giedroycia” z wystawowym katalogiem pod pachą zszedłem nad Sekwanę, na betonowe nabrzeże, i poszedłem w kierunku Hôtelu Lambert, który dziś jest własnością emira Kataru. W zapadającej ciemności kontur barki przywoływał passus z listu Redaktora do chuligana wolności – Bobkowskiego: Bynajmniej nie pływam w samotnej łódce, tylko będąc realistą, trzymam się maksymy Piłsudskiego: „Jak nie ma marmuru, to z g… trzeba lepić monumenty”. Charakterystyczny fular na szyi: twarz nieprzenikniona, jakby obca, bez emocji, oczy wilgotne, nieruchome, przeszywające. Nad drzwiami gabinetu napis: Cave hominem („Strzeż się ludzi”) i św. Jerzy, co walczy na koniu ze smokiem. I ów napis: Cisza, toniemy, pochodzący z okładki ostatniego wydania Le Comba, pisma współtworzonego przez Camusa. Na biurku – podarunku z Hôtelu Lambert – zdjęcia Czartoryskiego, Piłsudskiego, Mieroszewskiego, obok paczka papierosów Kool. Przypomniałem sobie spotkania z Redaktorem, wspierającym mnie w promocji pisma „Prasa Polska”, które wtedy wydawałem w Paryżu. Mówił o przygotowywanym programie politycznym dla Polski, który się nie ukazał, o wizjonerskiej, jak się okazało, nieufności do Memorandum Budapeszteńskiego i strategicznym sojuszu polsko-ukraińskim, jaki zaprzepaścił Wałęsa mający swoje pięć minut w polityce światowej.

Giedroyc miał buntownicze, apokaliptyczne usposobienie, brak iluzji był jego siłą napędową, dopingowały go katastrofy, charakteryzował upór i samotność. Był jak mnich, a jego klasztorem była Polska, do której nigdy nie wrócił. Umarł w 2000 roku. Nie życzył sobie sprowadzania ciała do kraju i żadnych mów nad grobem. Żegnało go milczenie ludzi i bicie dzwonu skromnej kaplicy małego miasteczka.
Giedroyc – czas przeszły! Ale niedokonany. Jego Polski ciągle nie ma.






Najpopularniejsze

Zobacz także