X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Paris dance z Mazurówną

Artykuł wprowadzono: 25 lutego 2014


Kiedy miałam trzy lata, widziałam spektakl baletowy. Powiedziałam: będę tancerką. I tak jest do dzisiaj. Kończyłam warszawską szkołę baletową, zostałam łabędziem w Teatrze Wielkim. Lecz duszy łabędzia nie mam, więc zaczęłam pracować na własną rękę, a raczej na własną nogę.
– Co na to twój ojciec, wybitny matematyk polskiej szkoły lwowskiej, profesor Stanisław Mazur?
– Ojciec matematyk, mama chemiczka, a dwie córki tancerki. Patrzyli na to ze zdziwieniem, ale zaakceptowali. Byłam upartym dzieckiem, robiłam, co chciałam. Zawsze udawało mi się dopiąć swego – motywacja, postanowienie, realizacja.
– Zawodowa tancerka, choreografka, osobowość telewizyjna. Byłaś solistką Casino de Paris, tańczyłaś w spektaklu Josephine Baker. Czym dla ciebie jest taniec?
– Wypowiadam się przez taniec. Jest w tym coś pierwotnego. Każdy ruch jest znamienny, każdy ruch jest jakimś znakiem. Ruch ciała to jedna z pierwszych form wypowiedzi. Intelekt działa na ciało, ciało na intelekt, razem współpracują jak dwie półkule mózgowe, które się uzupełniają, mając swoje określone pola działania. Inspiracji szukam w sobie, nie staram się nikogo naśladować, jedynie pobudzić własną kreatywność. Widziałam wiele tancerek, które mnie zachwyciły, ale nigdy nie chciałam być niczyim klonem, on nie może być lepszy od pierwowzoru.
– Michael Jackson sugerował, że popularność tańca bierze się stąd, że nie wymaga myślenia, że myślenie w tańcu przeszkadza, jest błędem.
– Śmiało i efektownie powiedziane, ale nie ma to żadnego uzasadnienia. Zawsze jest lepiej, jak się myśli, cokolwiek się robi, choć przymusu nie ma. Porzuciłam taniec w Teatrze Wielkim, bo tam jest on schematyczny, polega na precyzji wykonania, nie daje pola dla indywidualności. To mnie zniechęciło. Wolałam takie kierunki w tańcu, gdzie można się bardziej wypowiedzieć, coś wymyślić, zaproponować, dać od siebie.
– Myślisz, że można dogadać się z ciałem swoim i innych?
– Na ogół ciągniemy swoje ciało jak ślimak skorupę, nie wiedząc, co dzieje się w środku. Taniec ma tę zaletę, że uczy świadomości ciała. Tańczy się wszystkimi mięśniami, a przynajmniej większością z nich, co rozwija intuicję ruchową, świadomość cielesności i jej zależności od przestrzeni. To ważne, bo pozwala ułożyć sobie coś tam w głowie, np. do jakiego punktu można dojść, jak daleko się posunąć. A inni?… Układy choreograficzne w życiu, zwłaszcza intymnym, są szalenie ważne. Większość mężczyzn tłumaczy się, że nie umieją tańczyć, lecz nie to jest ich największym problemem, że nie znają kroków, że dwa w lewo, a jeden w prawo, tylko że wstydzą się swojego ciała, nosząc jakieś 70 kg, co się do nich przyczepiło.
– Twoi życiowi partnerzy byli dobrymi tancerzami?
– Niespecjalnie. Krzysztof Teodor Toeplitz, owszem, był dobry w tangu przytulanym, podczas którego doszło nawet do antyoświadczyn. Tańczyliśmy dwa tygodnie po naszym poznaniu, przytulił mnie z wyczuciem i szepnął do ucha: Słuchaj, jestem taki romantyk, na pewno się w tobie zakocham, we wszystkich dziewczynach się zakoc***ę. Błagam, jak się zakocham i będę się oświadczał, powiedz – nie. Spojrzałam zimnym okiem… – Masz to obiecane. I gdy później się oświadczał, odmawiałam, dlatego nigdy ślubu nie wzięliśmy. Sławomir Mrożek również był dobry w tangu przytulanym, szalenie namiętny, uwielbiałam z nim tańczyć. Z kolei Wacek Kisielewski – wrażliwy, muzykalny, fizycznie trochę słabowity – lepiej grał w pokera, choć bilans zawsze miał ujemny. Wracał rano i mówił: Tak mi dobrze szło do 5, a o 6 wszystko poszło. Krysiu – 3600 na 24 godziny. – Nie dam, w zeszłym tygodniu dostałeś 1800, wcześniej 2800. Ale dawałam. Z Wackiem i Markiem Tomaszewskim wykonaliśmy jakiś taniec dla telewizji. Mam taki zwyczaj, że moich partnerów życiowych wkręcam w telewizję. To samo było ze ślubnym mężem Plucińskim. Jako aktor udawał, że tańczy, dobrze to zagrał. Mój francuski eksmąż, Jean Pierre, mówił, że nie ma mowy o tańcu, że nie umie, ale i on dał się namówić do wspólnego występu. Nawet słonia można nauczyć tańczyć. Każdy może być ciekawym ruchem jak dźwięk w muzyce awangardowej, który nie musi być ani lekki, ani piękny, może być twardy, chropowaty, agresywny.
– Od lat mieszkasz w Paryżu, gdzie masz 20 mieszkań. Czujesz się paryżanką?
– Nie 20, a tylko 17. Jestem Polką, która mieszka w Paryżu, a uwielbia Nowy Jork. Mieszkania to moje hobby. Zawsze mieszkałam w jednym pokoju z siostrą i chciałam mieć swój pokoik, potem mieszkanie, mieszkania. Taka troska o przyszłość moją i moich dzieci. Mam ich trójkę, wszystkie są muzykami. To niepewny zawód, a i sama nie chcę być smutną staruszką, co nie ma na bułkę. Więc zęby w ścianę i do pracy. Wykonywałam wiele zawodów jednocześnie, aby kupić pierwsze mieszkanie na raty, później lokatorzy spłacali kolejne. Prócz tancerką i choreografką byłam majstrem na budowie, kelnerką, sprzedawczynią, szatniarką, bileterką, dziennikarką… Walczyłam. Od dziecka nie odpuszczałam, żeby tańczyć, ćwiczyłam, nie miałam wakacji.
– A gdzie w Paryżu można potańczyć?
– Choćby nad Sekwaną, obok Instytutu Arabskiego. Są tam trzy podesty – na jednym tańczy się tango, na drugim rock and rolla, na trzecim salsę. Przychodzą ludzie z ulicy, nie znają się, dobierają na miejscu. Taniec ich łączy.
– Podobno o tańcu nie da się mówić – trzeba go tańczyć.
– Owszem, można i pogadać, ale jednak najlepiej coś zatańczyć. Nie wiem jak ty, ale ja rzucam się w tany.

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także