X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Pani Stasia… lwy, hieny, słonie (Botswana)

Pani Stasia… lwy, hieny, słonie (Botswana)

Artykuł wprowadzono: 24 lipca 2021

Podróżny nie-co-dziennik

„Tytan” to metal silnie odporny na gorąco – tak producent tajemniczo zapowiada film Julii Ducournau nagrodzony Złotą Palmą w Cannes. Czekając, aż wejdzie na ekrany, wracam do filmu innej kobiety, do oscarowego „Nomadlandu” Chloé Zhao, za sprawą jeszcze innej kobiety o imieniu Swankie, która zagrała w nim siebie. Chora na raka 75-latka nie chce umierać w szpitalu, a w drodze, włócząc się autem po Stanach. Przypomina mi panią Stasię, też w podobnym wieku, którą chorą na białaczkę poznałem w podróży po Botswanie. Kino jest wszędzie, mawiał Hitchcock, także pośród tego ginącego nigdzie, pozostałego już tylko w pamięci.

Nasłuchuję tej pamięci. Zaczynam od śladu tamtego „nigdzie”, od maila: Cześć, wszystko właściwie jest już opracowane, rozumiem, że przyjeżdżasz na cały miesiąc. Moja propozycja na namibijsko-botswańskie safari jest taka: Etosha, obozy Okaukueyo i Namutoni, Popa Falls nad rzeką Okawango, rezerwat Mohembo, Maun, dojazd do delty Okawango, delta Okawango, rezerwat Moremi, obóz Sawuti, obóz nad rzeką Chobe. Pasuje?…

Przeglądam notatki: Gorąco. Upał nie do zniesienia. Droga trudna. Piaszczysta. Koła terenówki grzęzną w łachach piachu. Zmniejszamy ciśnienie w oponach o połowę. Gęsto od pyłu. Widoczność niewielka. Kikuty drzew odkrywają korzenie, pod którymi bieleją czaszki i kości padłych zwierząt. Pustkowie z trąbą kurzu na horyzoncie. Poruszamy się wolno, z dziury w dziurę. Tylko kolor piachu się zmienia, z szarego na żółty, brązowy, ceglasty. Kikachan, Mabobe… Droga robi się jakby szersza. Para naszych przewodników-kierowców, Staś i Nel, jak ich nazwałem, robi krótki postój. Nie, nie widokowy, aby podziwiać to piekące w oczy piekiełko, ale żeby pani Stasi, którą się opiekują, podać odpowiednią porcję leków. I – dalej. Obijamy się o ściany auta. W ustach, uszach, oczach, wszędzie pył. Pani Stasia cierpi. Drobina radości w jej oczach miesza się ze smutkiem zmęczonej twarzy i bólem ciała. Po kilku godzinach pokazuje się parów, na dnie którego gra finezyjne światło. Żyrafy w wysmakowanej postawie sięgają głową do wodopoju. – Lubię żyrafy – ożywia się pani Stasia. – Może dlatego, że żyją tylko po to, żeby głowy mieć w chmurach. Naszą seniorkę też można by nazywać żyrafą, ciało ma wychudzone, sięgające 180 cm wzrostu.

Noc. Rozbijamy namioty. Rozpalamy ognisko. Posilamy się, popijając wino z kartonu. W głębokich ciemnościach błyszczą oczy hien. Crocuta crocuta. Podobno mają nacisk szczęk trzech ton na centymetr kwadratowy (pitbull – jednej tony). Miażdżą i trawią kości, stąd ich odchody są białe jak sproszkowana mączka. Lecz nie kości są ich przysmakiem, a szpik, genitalia, wymiona, płody. Gnu powalą i – wbrew utartej opinii – to częściej lwy po nich dojadają niż odwrotnie. Żyją w grupach, którym przewodzi dominująca samica o fallicznej łechtaczce. W namiocie nie mogę zasnąć. Nasłuchuję wycia szakali, porykiwania lwów, drżenia ziemi pod ciężarem słoni. Odgłosy życia niosą moc lęku. Nie wolno wyjść za potrzebą (do tego są butelki). Trzeba się szczelnie zamknąć i niczego nie zostawiać na zewnątrz. Drapieżniki wszystko zjedzą, ale namiotu nie ruszą.

Świt wita nas widokiem marabutów dojadających resztki małego słonia pożartego przez lwy. Kości są porozrzucane, a daleko w krzakach wylegują się najedzone do syta lwy. Busz rozpala się słońcem. Jedziemy. Spragniona ziemia. Rozlewisko Okawango. Delta, której wody spływają do środka pustyni, nigdy nie docierając do morza. Oszałamiające, niebezpieczne piękno. Obdarta zebra drży w agonii ostatkiem sił. Walczy o życie. Wszystko, co żywe, chce przetrwać. Stado bawołów. Piszczące małpy. Tak musiał wyglądać świat, zanim się pojawiliśmy niesieni rzeką ślepych genów. Rozpalona ziemia. Drży gorące powietrze na horyzoncie. Można zapomnieć, kim się było i – jest. Lew przy drodze. Symbol słońca i ognia. Wyje żałośnie na lwicy w reprodukcyjnej niewoli natury. Para się oddaliła, aby przez kilka dni kopulować, kilkadziesiąt razy dziennie. Tak często, bo lwica musi być intensywnie pobudzona, by doszło do uwolnienia jajeczka. Seks – ślepa niewola. Kiedy władca stada zostanie pokonany, nowy zabije wszystkie lwiątka, bo utrata dzieci wstrzymuje u lwicy laktację, co na powrót wywołuje ruję. Tak kręci się ta genetyczna seksekspansja. Bez niej większość tego, co w naturze, by nie istniała. Bywa, że stare lub chore lwy polują na ludzi. Odzyskujemy oddech. Wracamy do obozowiska.

Jedziemy pod zachodzące słońce. Mokradła pośrodku pustyni. Tworzą oazę, w której bujnie rozkwita życie. Okresowe drogi pełne są słoniowych kloców. Setki słoni. Zajęte sobą nie zwracają na nas uwagi. W błyszczącym lustrze wody wynurzają się ich trąby. Bawią się, nurkują. Lubią się kąpać. Trąby służą im do oddychania, wąchania, picia, zbierania pokarmu, chrząkania, trąbienia. Wydalają dziennie 80 kilo kloców, stąd łatwo je wytropić. Gdy są agresywne, gwałtownie wachlują uszami, potrząsają głową, oddają silnie woniejący mocz. Komunikują się z odległości wielu kilometrów za pomocą infradźwięków o długości fal dla ludzkiego ucha niedostępnych. – Czytałam, że młode samice mają upodobanie do starszych panów – dodaje pani Stasia. Umierają śmiercią głodową, tracąc zęby ok. 70. roku życia. Słońce zostawia nas, tak jak swój nieboskłon. Kolejna noc urodzi kolejny świt. Kulę ognia nad horyzontem.

Tu się kończą notatki. Pani Stasia umarła po powrocie z Botswany. Umarła! Jak każdy… Ale czy tak jak każdy? Tytanka silnie odporna na życie. 

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także