X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Oda do hedonizmu

Oda do hedonizmu

Artykuł wprowadzono: 28 listopada 2021

Paryski nie-co-dziennik

Tak jeden z medialnych sloganów zachęca paryżan do obejrzenia „Ikon sztuki” z kolekcji braci Morozowów, prezentowanych w imponującej budowli muzeum Fundacji Louisa Vuittona (do 22 lutego). Ten melanż lirycznie wzniosłej „ody” z rozkosznie przyjemnym „hedonizmem” kusi pogodnym odreagowaniem ciągle obecnych uciążliwości trudnych już(!) lat pandemicznej zarazy.

Kolekcja arcydzieł sztuki francuskiej Michaiła i Iwana Morozowów (Iwan zmarł w lipcu tego roku) jest jedną z największych i najcenniejszych na świecie. Pierwszy raz wyeksponowano ją poza Rosją. Pod szklanymi żaglami ekspresyjnej bryły gwiazdy współczesnej architektury Franka Gehry’ego wystawiono dzieła Bonnarda, Matisse’a, Picassa, Gauguina, van Gogha, Degasa, Moneta, Renoira, Denisa, Cézanne’a i innych. Pięciu z nich poświęcono indywidualne sale (galerie) ku pokrzepieniu owych serc zagrożonych epidemicznym smutkiem.

Galeria pierwsza. „Pierre Bonnard: Cztery pory roku”. Nazywany jest malarzem szczęścia. Kunsztowne plamki zlewają się w kontury wyrafinowanych pejzaży, świetlistych wnętrz, intymnej nagości. Otwierają zamknięte wnętrza na rozległą przestrzeń, ciągłą i nieciąg­łą jednocześnie. To kombinacja tego, co wewnętrzne i co zewnętrzne, co było przed i co jest oraz będzie po. Arkadyjski pejzaż. Rozżarzony, rozpalony, rozgorączkowany, gęstnieje tropikalnym ogrodem. Pulsuje nimbem pogodnego życia. Pojawiające się postacie emanują przyjemnym lekkim napięciem tworzonym przez ciepłe światło, które je obejmuje, pieści. Kolory szczęścia: wibrujące żółcie, oranże, fiolety, błękity, malwy…

Galeria czwarta. „Paul Gauguin: Dzień na Polinezji”. Wielki spektakl. Tak odleg­ły od nadsekwańskiej codzienności, jak Paryż od tropików mórz południowych. Spektakl o dalekich podróżach, tęsknocie za utraconym rajem, zaklinaniu niemożliwego w wielkie malarstwo: intensywne, wizyjne. Malarstwo naznaczone osobliwą symboliką, kolorem, prostotą. Półnagie, bezczasowe postacie są jak góry i morze częścią pejzażu: żółtego, niebieskiego, zielonego… Polinezja! Miejsce, gdzie nic nie jest naznaczone ręką człowieka, gdzie Gauguin odnalazł swój styl. Odrzucił dekadencję i krępujący racjonalizm. Wypracował czystość i oryginalność swego malarstwa. Zmienił sposób patrzenia na świat i sztukę. Środek Pacyfiku. Markizy, wyspa Hiva Oa. Halucynogenna podróż do końca tropikalnej Nocy, z której nigdy już nie powrócił. I to jego fundamentalne: „Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?”.

Galeria piąta: „Paul Cézanne: Pejzaże zupełne”. Ciągle na nowo powracał do motywu dzieciństwa: Góry Świętej Wiktorii dominującej nad rodzinną okolicą. Inspirowała go do końca życia i do końca ją roztrząsał. Tematowi Sainte-Victoire, tej wapiennej góry ciągnącej się przez okolice Aix, poświęcił 60 obrazów i akwarel. Żeby ukończyć jeden, potrzebował miesięcy, czasami lat. Góra zmieniała się pod jego pędzlem, stając się u schyłku jego życia niemal abstrakcyjna. Do końca jest rozpoznawalna, choć tworzące ją plamy można z czasem postrzegać jako każdą z osobna. Plany i tło się przenikają, zamazują, aż w końcu ciąg­nie się przez nie już tylko światło. Eksperymentował. Nie chciał kopiować rzeczywistości, oddawać jej iluzji na płótnie; chciał tworzyć jej nowy, niezależny ekwiwalent pozbawiony iluzorycznych trików, za jakie uważał tradycyjne środki: kontur czy cieniowanie. Szukał nowej harmonii, dążąc do równowagi między różnymi elementami obrazu, redukując je do coraz prostszych form.

Galeria siódma. „Vincent van Gogh: Więzień”. Zamknięty w chorobie szaleniec. Społeczny wyrzutek. Na poły malarz, na poły mnich. Męczennik awangardy. Chory na świat geniusz. We wszystkim zachowywał świadomość mistyczną, która znajdowała ujście w jego sztuce. Kolor stawał się fenomenem tchnienia, linia – niezniszczalną energią, kompozycja – ośrodkiem uczuć. – Kto nie wierzy w słońce, jest bezbożnikiem – pisał ów malarz słynnych „Czterech słoneczników”. Czterech kwiatów na suchych łodygach, które bronią się przed rozkładem niczym płomienie nieuchronnej katastrofy. Apokalipsa czy tylko tęsknota za znoszącą ból nieskończonością?

Galeria dziewiąta. „Henri Matisse: Między światami”. On ma słońce w brzuchu. Doprowadza do szaleństwa. Jest lepszy niż absynt – mawiał Picasso, a Aragon dodawał: Matisse to szczęś­cie XX-wiecznej sztuki, jego optymizm jest prezentem dla chorego świata. Całe życie szukał czystego koloru i jego oryginalnych połączeń z rysunkiem. Jego dzieła mają w sobie coś z atmosfery edenu – „Radość życia”, „Wystawność, spokój, rozkosz”. Promieniują prostotą, spokojem, spełnieniem. Pociągało go malowanie postaci, które się wpisuje w ciało kobiety. W ten sposób kobiecość stała się jednym z głównych tematów jego malarstwa. Studiował ją, upraszczał, przekształcał graficznie, starając się kreślić jej kształty jak najczystszą w swej prostocie kreską. Mając już 71 lat, otarł się o śmierć. Przeszedł ciężką operację nowotworu jelita. – Ocalałem! Niech żyje radość i smażone kartofle! Teraz jeszcze więcej radości bije z moich obrazów. To ta radość stała się dla Matisse’a „religią szczęścia”. Szczęścia, które całe życie osaczał i ścigał w związkach koloru i formy.

Ta egzystencjalna radość jest dużo głębsza od smutku, zwłaszcza teraz, w czasie tej ciągle trwającej covidowej zarazy.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także