X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Noc na stojąco – Tygodnik Angora

Noc na stojąco – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 30 kwietnia 2016

Od czasu zamachu na „Charlie Hebdo”, a potem na „Bataclan” i paryskie restauracje plac Republiki w Paryżu stał się punktem spotkań tych, którzy kontestują program socjalistycznego rządu, przede wszystkim plany reformy kodeksu pracy. „Noc na stojąco” – tak nazwali swój ruch, który z Paryża przeniósł się do innych miast Francji.


W ciągu niecałych dwóch miesięcy zatrzymano niemal tysiąc osób. Rannych zostało siedemdziesięciu policjantów, w tym jeden ciężko, trafiony kostką brukową w głowę. Obrażenia odniosło wielu demonstrantów. W Rennes 21-letni student stracił oko po użyciu kul kauczukowych. Na placu Republiki dochodziło do starć z policją, która każdego ranka likwidowała „wioskę kontestatorów”. A oni się tam spotykali mimo zakazów wynikających z wprowadzonego po 13 listopada stanu wyjątkowego. Bo władzom chodzi o to, by podejrzanych o terroryzm nakryć w ich mieszkaniach-kryjówkach, łapać przez 24 godziny na dobę, a nie tylko od świtu do zmroku, jak przewiduje „normalne” prawo. Manifestacji o charakterze „socjalnym” władze nie zabraniają. Niemniej prefektura pozwala na takie „nocne rozmowy” tylko do północy. Zwozi samochody tam zaparkowane. Nie pozwala na puszczanie muzyki na „pełny gaz”, bo mieszkańcy mają już dosyć. Kupcy też. A tymczasem „oni” – młodzi z placu Republiki – są nieposłuszni. W nocy z czwartku na piątek znów doszło do rozrób. Bo do kontestatorów i do pochodów „protestu” przyłączają się zadymiarze. Według socjologów to anarchiści i lewacy. Twarze zakrywają kominiarkami. Są bardzo dobrze zorganizowani. Dzięki telefonom komórkowym błyskawicznie zmieniają sposób działania. Przemieszczają się z miejsca na miejsce w okamgnieniu. W plecakach mają kamienie i koktajle Mołotowa. Potrafią błyskawicznie wtopić się w tłum maszerującego pochodu związkowców, studentów i licealistów. To nie są tylko Francuzi. To także Niemcy i Brytyjczycy. Nienawidzą nierówności społecznych i kapitalizmu. Stąd ich wrogiem numer jeden są symbole tego systemu. Palą samochody i wybijają szyby w witrynach agencji bankowych i w luksusowych sklepach. A ci kontestatorzy z placu Republiki?

Kim są, czego chcą
To młodzi i bardzo młodzi ludzie. Przychodzą na plac Republiki sami z siebie lub na apel organizacji studentów i licealistów. Przede wszystkim chcą rozmawiać o swoich obawach wynikających z planów socjalistycznego rządu François Hollande’a, i o tym, w jaki sposób mającej władzę lewicy uświadomić, że Francja nie chce zmian, reform ani poprawek. Chce zabezpieczenia prawa do pracy i świętego spokoju. Bruno Retailleau, przewodniczący opozycyjnej grupy Republikanów, w Senacie z sarkazmem ocenia, iż uczestnicy ruchu „nie mogą pracować w dzień, bo muszą demonstrować swoją obecność w nocy”. To znacznie łagodniejsze stwierdzenie niż to, jakie padło z ust Nicolasa Sarkozy’ego, kandydata Republikanów na prezydenta Francji, który stwierdził, że biorący udział w tej akcji ludzie są „pozbawieni mózgu”. Senator Republikanów kładzie nacisk na radykalizację poglądów organizatorów wieczorowych schadzek na placu Republiki, którzy nie powstrzymali się przed użyciem siły, wyrzucając stamtąd słynnego filozofa Alaina Finkielkrauta, gdy ten pojawił się, by porozmawiać z dyskutującymi nad losem Francji młodymi ludźmi. „Popchnęli mnie. A potem dostałem w dziób” – powiedział filozof. Czego naprawdę chcą uczestnicy spotkań na placu Republiki? Bezpieczeństwa na rynku zatrudnienia, a takiego – ich zdaniem – nie gwarantuje proponowana przez socjalistów reforma kodeksu pracy. Bezpieczeństwo jest ważniejsze niż ambicje. I oto rekrutacja na stanowisko listonoszy w stołecznym regionie Ile-de-France. Chętnych jest tylu, że aby wszystkich dopuścić do egzaminu pisemnego, wynajęto stare muzealne hangary lotniska Le Bourget pod Paryżem. Młodym Francuzom nie zależy na tym, by mieć pracę gwarantującą karierę, im zależy na tym, by stać się funkcjonariuszem państwowym, gdyż „takiego to nikt nie ruszy”. Praca jest zagwarantowana do emerytury, a „realizować się można gdzie indziej”.

Liberalna Baba-Jaga
W Polsce dzieci straszy się Babą-Jagą, we Francji liberalizmem. „Przyjdzie liberał i cię zeżre”. Słowo „liberalny” i pochodzące od niego wszelkie określenia to największe oblegi, jakie mogą nas spotkać we francuskiej rzeczywistości. Stąd, gdy lewica zawyła nad Sekwaną, że nowy, skądinąd socjalistyczny, rząd premiera Manuela Vallsa to „socjal-liberalizm”, większość społeczeństwa zdrętwiała ze strachu. To się bardzo nie podoba związkom zawodowym, jak zwykle przytulonym do skrajnej lewicy komunistycznej, a także organizacjom akademickim. CGT, najbardziej „czerwona” z central i najpotężniejsza, która ma nie tylko sztandar w tym kolorze, okraszony sierpem i młotem, usiłuje się „zbliżyć” do organizatorów „Nocy na stojąco” na placu Republiki. Szef CGT Philippe Martinez wyraźnie deklaruje, że należałoby „zjednoczyć się w walce”, gdyż wartości, jakie reprezentują młodzi ludzie i jego związkowcy, są identyczne. Chodzi o to, aby nie dopuścić do uchwalenia nowego kodeksu pracy.

François Hollande, prezydent Francji, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli nie będzie zmian, to francuska gospodarka pójdzie na dno jak „Titanic”. Stąd pomysł reformy. Nowe prawo przewiduje, że przedsiębiorca może z zatrudnionymi negocjować wydłużenie czasu pracy ponad obecnie obowiązujące, ustalone za poprzedniego rządu socjalistów, 35 godzin tygodniowo. Swego czasu sondaż przeprowadzony w kilku krajach Unii Europejskiej pokazał, że Niemiec czy Brytyjczyk chętnie będzie dłużej pracował za większe pieniądze, Francuz za żadne skarby nie. Można mu dawać góry złota. Dla niego „zyskiem socjalnym” jest fakt, że może wcześniej odchodzić na emeryturę (na kolejach po 52. roku życia) i krócej pracować w tygodniu. Reforma przewiduje, że ustalony zostanie pułap odszkodowań przyznawanych przez sąd pracy za zwolnienia, a co więcej – pracodawca będzie miał prawo zwalniać ze względów „ekonomicznych”, czyli wtedy, gdy działalność jego firmy nie przynosi żadnego zysku. Lewica francuska ryknęła wielkim głosem, że to jawny liberalizm, który stawia w uprzywilejowanej sytuacji pracodawcę kosztem pracownika. A Francuzi nie zaakceptują takiego układu, bo oni chcą, by firma dawała zatrudnienie i płacę nawet wtedy, gdy niczego nie zarabia. Firma musi istnieć po to, aby dawać pracę i zarobek, a czy „coś” sprzeda, to już problem dyrekcji. No i francuskiej młodzieży oraz związkom zawodowym nowe pomysły socjalistycznego rządu nie bardzo się podobają. Młodzież krzyczy o braku przyszłości dla niej – związkowcy o odbieraniu im przywilejów i to przez kogo – przez socjalistę François Hollande’a, na którego głosowali, bo mieli nadzieję, że potrząśnie kiesą i da zwykłemu zjadaczowi bagietek kilka euro. A tu tymczasem ta „katalońska przybłęda z Barcelony”, premier Manuel Valls, chce Francuzów zmusić, by więcej pracowali. No cóż. Amerykanin żyje, aby pracować, Francuz pracuje, aby żyć.

Marek Brzeziński






Najpopularniejsze

Zobacz także