X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Mózg w plenerze (Gwadelupa)

Mózg w plenerze (Gwadelupa)

Artykuł wprowadzono: 1 maja 2021

Podróżny nie-co-dziennik

Prawdziwa podróż to poszukiwanie zawrotu głowy. To wrzucenie w nowy świat, gdzie nie ciągniemy swojego domu, starych wygód, nawyków, przyzwyczajeń. To namiastka nowego życia, wytrącenie z percepcyjnego odbierania rutynowych sygnałów sensorycznych. To nowe otwarcie, odświeżenie umysłu nowymi doświadczeniami przychodzącymi z zewnątrz głowy, by dodać przestrzenności temu, co jest już w jej wnętrzu. Tylko taka podróż ma sens, inne to podróbki, podróżne alibi, mniej lub bardziej przyjemne złudzenia.

W głowie się (nie) mieści: te półtora kilograma biologicznej żelatyny w kształcie kalafiora, które decyduje o tym, kim, czym i gdzie jestem. Ta szalejąca burza chemiczna konstruująca osobne centrum JA, dzięki której „myślę, że myślę”. Ten ewolucyjny wetware, co się nie resetuje, nie wyłącza, nie wchodzi w tryb stand-by, a jego miliardy neuronów stale odpalają miliony operacji na sekundę, bym wiedział, że tu jestem – na francuskiej Gwadelupie należącej do wysp Małych Antyli oddzielających Morze Karaibskie od Atlantyku. Ów mózg do mnie należy (cokolwiek to znaczy), a tytułowy plener to plaża Babin, dwa kilometry od małego portu rybackiego Vieux Bourg na Wielkiej Ziemi (Grande Terre), czyli na prawym skrzydle Gwadelupy do motyla porównywanej; choć moje skojarzenie jest inne: nie tyle motyla mi ona przypomina, co dwie półkule mózgu, a idąc krok dalej – cztery płaty mózgowe jak cztery strony świata, gdzie faluje ta „maź szara” obudowana kośćmi czaszki, abym bezpiecznie doświadczył tej podróży.

Babin to jedyna na Gwadelupie zielona plaża gęsto porośnięta drobną trawą. Morze spokojne. Namorzyny. Porastają też brzegi pobliskiej rzeki Salée (Słona), która jak „szczelina mózgu” oddziela te skrzydła motyla lub półkule mózgu, aby połączyć dwie zatoki: Duży Ślepy Zaułek Morski na północy z Małym Ślepym Zaułkiem Morskim na południu. O świcie podnosi się nad „szczeliną” most zwodzony otwierający żeglugę między morzem a oceanem.

Ostatnie minuty dnia. Pora magiczna. Światło rozmywa granice rzeczy, natury, ludzi. Kreole popijają rum, tańczą, śpiewają, wystukują uwodzący rytm życia na bębnach. Zażywają błotnych kąpieli, smarując się czarną glinką, by uzdrowić lub upiększyć ciało według receptury sięgającej czasów niewolnictwa. Woda faluje. Fale delta?… Może alfa? – jakiegoś paramózgu tego fragmentu natury. Koegzystują z falami mojego mózgu, pewnie oscylującymi wokół wartości theta, bo tak przyjemnie penetrują obszary „wyspy” i „konika morskiego”. Wyspa (insula) bywa uważana za piąty płat mózgowy, łączona z poczuciem świadomości oraz jej przenoszenia w czasie i przestrzeni; leży na dnie bruzdy Sylwiusza, u styku płatów skroniowego, ciemieniowego i czołowego. A konikiem morskim określa się inną strukturę mózgu – hipokamp, który odpowiada za tworzenie i utrwalanie wspomnień.

Dotykam płatów skroniowych, tam (?), gdzie morskie koniki przywołują minione dni. Przylądek Pointe Allègre. Dziki. Fantasmagoryczny. Poskręcane drzewa klękają przed wiatrem. Biała plaża. Poszarpane wybrzeże robi wrażenie początku lub końca świata. Łąki poprzecinane gajami, pasące się bydło, pola trzciny cukrowej. Zalesione zatoczki kuszą cieniem i owocami toksycznych drzew mancenilliers, co pnąc się obok palm, grożą zatruciem. Pusto. Wybrzeże wygląda jak nienaruszone od czasu przybycia tu pierwszych osadników rozpoczynających stąd kolonizację Gwadelupy.

„Morskie koniki” skaczą na zachód – do popularnego miasteczka Deshaies, gdzie trwa festiwal kolorów zachodzącego słońca. Siedzę przy stoliku Café Paradise ustawionym w morzu, które obmywa mi stopy. Niedaleko ciągnie się idylliczna plaża Grande Anse – piasek koloru ochry, szeroka, otoczona lasem tropikalnym. Słynie z zielonych promieni Verne’a, zielonego błysku światła, który czasami można tu obserwować, gdy słońce chowa się za horyzontem dnia. Dalej wiosłuję kajakiem z plaży Malendure do oddalonej o kilometr wysepki Pigeon otoczonej podmorskim parkiem narodowym kapitana Cousteau; to jedno z najlepszych miejsc do nurkowania. Oaza ewolucyjnej kreatywności: początku życia, mózgu, umysłu, które się w morzu urodziły. Nasi ewolucyjni przodkowie zabrali to morze na ląd – w komórkach, ciałach, mózgach. Nurkując, zanurzam się w tych prapoczątkach.

Wychodzę na ląd. Przede mną wulkan Soufrière, najwyższy na Małych Antylach. Ciągle grozi erupcją. Pobudza wegetację. Gęste chmury się nad nim rozrywają. Opadają mgły. Zmysły się wyostrzają, drażnione siarkowymi oparami. Popiół wyznacza kierunek ku czarnej plaży Grand Anse w sąsiedztwie miasta Trzech Rzek (Trois-Rivières). Czarny drobny piasek ciągnie się setkami metrów otoczony cieniem palm kokosowych. Wysoka fala otwiera widok na dalekie Les Saintes, satelicki archipelag wysepek, z których dwie są zamieszkane. Jedna się szczyci najpiękniejszą na świecie zatoką oraz turystycznym splendorem, druga – dziką hardością natury. Na zachodzie kołyszą się jeszcze dwie inne satelickie wyspy Gwadelupy – Marie-Galante, słynąca z najlepszego na świecie rumu nazywanego 59°, i La Desirable, moja wyspa ulubiona, nierealna w swej realności, co miejsca pustynne zmienia w zielone wzgórza, na których wylegują się iguany i przyjaźni ludzie.

W końcu gubię świat pamięci; odzyskuję rzeczywisty. Plaża Babin. Namorzyny, co zastygły w bezruchu. Nie potrzebują mózgu. Jak morskie żachwy przemierzające ocean w poszukiwaniu swojego miejsca. Tam, gdzie je znajdą, zostają, przechodząc na osiadły tryb życia, a swój mózg pożerają; już go nie potrzebują, skoro służył jedynie inicjowaniu ruchu.   

Wszystko! – w głowie się (nie) mieści. Wszystko jest z głowy, czyli z niczego, jak mawiał poeta Różewicz. Trzeba iść dalej, by ratować tę strukturę n i c z e g o. Życie polega na ruchu, bez niego nie ma mózgu, nie ma nas. Dlatego podróż nigdy się nie kończy – cała Droga Mleczna przed nami.    

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także