X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Miasto w mieście

Miasto w mieście

Artykuł wprowadzono: 8 marca 2014

Passage d’Enfer, brukowany Piekielny zaułek w XIV Dzielnicy Paryża. Czy to jest to piekło, które Bóg ukrył w samym środku raju? Tego nie wiem, ale oni wiedzieli: Verlaine, Hugo, Gauguin, Stein, Baudelaire, Trocki, Hemingway, Sartre, Picasso, Braque, Matisse, Man Ray, Mondrian, Chagall, Modigliani, Giacometti, Dali i wielu innych mieszkańców „czternastki”.
Niedaleko zaułka Piekielnego jest ulica Radości (Gaîté) – teatrów i kabaretów. Wciąż działają „Bobino” i „Montparnasse”. Naprzeciwko jest restauracja „Pod Piękną Polką”. W okolicy mieli pracownie Żak, Mehoffer, Kisling, a ulice Grande, Chaumiere i Bara miały charakter jakby polskiego osiedla. W tej części miasta po raz pierwszy pojawił się kankan. Występowały długonogie legendy Paryża, m.in. Mistinguett i Kiki. Piły, kochały, bogaciły się, popadały w nędzę. Obok, przy bulwarze Edgar Quinet 31, stał Sphinx – burdel, jakiego nie znano na lewym brzegu Sekwany, prawdziwa fabryka miłości ze 120 dziewczynami i ponad tysiącem klientów jednego wieczoru. Przychodzili tu politycy, pisarze, malarze; ci ostatni często spośród tych publicznych piękności wybierali modelki, oddane służebnice ich sztuki.
W okresie międzywojnia bohema paryska przeniosła się z Montmartre’u na Montparnasse, gdzie zbierali się artyści z różnych stron świata. Bulwar Montparnasse jest północną granicą „czternastki”, do której należy jego parzysta strona (nieparzysta – do „szóstki”). W legendarnych barach bulwaru – Le Dôme (nr 108) czy La Rotonde (nr 102) – słychać było całą menażerię przeklętych malarzy: rosyjski, włoski, polski, angielski, hiszpański, ba, nawet japoński za sprawą malarza Foujity. Alkohol, miłość i sztuka wyniosły Montparnasse na szczyty sławy.
A zaczęło się niewinnie. Od kpiny. Dawno temu studenci Sorbony nazwali to miejsce, wtedy paryskie przedmieście, szyderczo Parnasem, przychodzili tam zabawiać się z wiejskimi „muzami”. Mocno pili tańsze tu trunki, gdyż parnasowe wzgórze, leżąc na zewnątrz paryskiego muru celnego, było wolne od alkoholowego podatku. Szybko powstawały nowe zajazdy. Założono też cmentarz. Przyciągał nagrobnych kamieniarzy, kamieniarze – rzeźbiarzy, a rzeźbiarze innych artystów. Malarze zaczęli otwierać pracownie. W przeciwieństwie do Montmartre’u – głównie cudzoziemscy. Ale żeby należeć do montparnasskiej bohemy, nie trzeba było tu mieszkać czy mieć pracownię, wystarczyło myśleć i żyć w awangardowo wolny sposób. Jeszcze po drugiej wojnie światowej Sartre i jego wyznawcy próbowali takiej egzystencjalnej wolności. Daremnie. Myślenie i sztukę wyparł biznes, a na Montparnassie został po nich najżywotniejszy, ale już – cmentarz.
Cmentarz Montparnasse też przylega do zaułka Piekielnego. To bardziej park niż nekropolia. Pośród spacerujących starców i kobiet z dziećmi lub w ciąży błądzą dusze Maupassanta, Baudelaire’a, Becketta, Ionesco, Sartre’a, Simone de Beauvoir, Cortazara, Gainsbourga czy eterycznej Jean Seberg, która na planie do „Do utraty tchu” Godarda biegała za Belmondem po pobliskim bulwarze Raspail. Wszyscy milczą – jak mnisi i mniszki w ukrytym przed światem monastyrze. Czasem niechcący zaskrzeczą świergotem ptaków. Lecz to szyfr nie do złamania i tylko zakłóca naturę ciszy. Środek cmentarnego parku przecina ulica Emile Richard. Między jej ulicznymi drzewami parkują samochody, a w nich śmiertelnie zakochani wygaszają światła i łapczywie wgryzają się w siebie, by podtrzymać miłość kruchą jak życie.
Obok cmentarza znajduje się plac Denfert-Rochereau (wcześniejsza nazwa to oczywiście plac Piekielny). Pod nim, na głębokości 30 metrów, wije się labirynt dawnych kamieniołomów zamienionych w katakumby. Trzysta kilometrów podziemnych wyrobisk wypełniają szczątki 6 milionów istot, przeniesione z kilkunastu zamkniętych cmentarzy Paryża (prawie 3 razy więcej niż żyjących paryżan). Jeszcze dziś składa się tu ludzkie kości znajdowane podczas prac budowlanych. „Zatrzymaj się! Tu zaczyna się królestwo umarłych” – głosi napis przy wejściu do katakumb. Przemieszczam się niskimi mokrymi korytarzami. Mijam podziemne komory, wyrobiska wypełnione kośćmi, piszczelami, czaszkami, ułożonymi wzdłuż galerii w dekoracyjne motywy. Małe sanktuaria, kilka sarkofagów, liczne krypty. Placyki i zapadliny przypominające wysokie dzwony. Pełna anonimowość, absolutna równość, kobiety wymieszane z mężczyznami, starcy z dziećmi, kaci z ofiarami. Nikt nie zachował swego imienia. Jeszcze stąd wychodzę, ale już z ludzkim prochem na butach.
Na powierzchni noc. Zamknięte pobliskie naukowe Obserwatorium, siedziba Międzynarodowego Biura Czasu, gdzie po raz pierwszy obliczono prędkość światła, odległość Ziemi od słońca i planet, sporządzono mapę księżyca. Siedziba czasu?!… Który znikąd przychodzi i donikąd zmierza, a tak chciałoby się go złapać za ogon. Lecz nie o trzeciej w nocy, wtedy jest zawsze za późno lub zawsze za wcześnie na cokolwiek. Tylko godziny popychają się w bezładzie w pustym już zaułku Piekielnym, a przecież „piekło to inni”, mimo że w samym środku raju. Nie wiem, czy to tam idę, ale wiem, że ulicą Départ (Odjazdu) opuszczę paryską „czternastkę”.

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także