X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Markizy nad Sekwaną – Paryski nie-co-dziennik – Tygodnik Angora

Markizy nad Sekwaną – Paryski nie-co-dziennik – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 15 sierpnia 2015

Upał miesza zmysły i rozum. Tym łatwiej paryżanom poddać się kuszącej myśli ich nadsekwańskiego, guru, filozofa Edgara Morina, że największą zaletą wakacji jest wolność od myślenia. Wtedy najbardziej racjonalne umysły, jak tylko wskoczą w krótkie spodenki, ulegają słonecznym kaprysom.



Bogaci przenoszą się do ziemskich rajów, na karaibską wyspę SaintBarthélemy albo polinezyjską Bora-Bora, a biedniejsi szukają swej Copacabany u siebie, na Paris-Plages. To już 14. edycja paryskiej plaży usypanej z 5 tys. ton piasku – z palmami w donicach, parasolami, leżakami, hamakami, z galerią sztuki w plenerze, festiwalem książek i pism podróżniczych. Wakacje od pracy, nauki, myślenia – kto tego nie pragnie?

– Bez pieniędzy wyruszyłem z dwoma przyjaciółmi w podróż dookoła świata. Byłem aktywnym, towarzyskim facetem, jednak w głębi siebie odczuwałem pustkę. Spaliśmy, gdzie popadło, na klatkach schodowych, u ludzi spotykanych po drodze. Prosiliśmy o jedzenie, gdy zamykano restauracje, jedliśmy to, czego nie sprzedano w supermarketach. Wielu ludzi pomagało nam spontanicznie. Aby przepłynąć na inny kontynent, czekaliśmy w portach nawet po 6 tygodni. Było to doświadczenie trudne, czasem wręcz heroiczne, jednak nigdy nie czułem się tak wolny jak wtedy. Bo kiedy okazuje się, że można żyć bez pieniędzy i nie być żebrakiem, człowiek nabiera ogromnego zaufania do siebie. Ten rodzaj doświadczenia, daru, którego nie trzeba zrekompensować, spowodował, że sam zacząłem mieć potrzebę dawania. Dziś buduję ekologiczne miasteczko na południu Francji, które przyjmie każdego. Praca mnie nie odstręcza, jednak wydaje mi się, że jest wartościowa tylko wtedy, gdy rzeczywiście służy innym lub środowisku. Zazwyczaj nie ma takiego wymiaru. Produkujemy ulotne przedmioty, które przynoszą próżną satysfakcję. Szczęście nie jest celem, jest teraźniejszością, chwilą obecną. Oto czego nauczyła mnie moja podróż – wyznał 30-letni Benjamin Lesage na łamach Philosophie Magazine.

Przerwałem lekturę, aby ochłodzić się pod hydrantem i jeszcze głębiej wcisnąć w nienaturalnie biały piasek nadsekwańskiej plaży. Podróż, ona olśniewa obietnicą, pokusą za dalą, nowością, zapomnieniem. Daje poczucie bycia w bezpośrednim kontakcie ze światem. Mit wolności, przygody, korzystania z pełni życia. Dobrze służy niewierności, sobie i innym. Mnie też ślepiło to wakacyjne słońce – zielone wulkany, turkusowe laguny, atole, plaże białe, żółte, różowe, piekielnie czarne, gaje palm kokosowych, rozłożystych bananowców, rajskie ogrody. Dlaczego gdzieś na końcu świata, między bezkresem nieba i oceanu, tak wielu miłośników życia szukało ziemskiego raju? Bo innego nie ma? W średniowieczu nawet bogobojni teologowie przekonywali, że raj musi znajdować się gdzieś na ziemi. Jego poszukiwania przyczyniły się do wielkich odkryć. Kolumb, gdy dopłynął do brzegu Wenezueli, przekonany był, że jest blisko raju. Starożytni wyobrażali go sobie w Arkadii, w sercu gór Peloponezu albo tam, gdzie już nie jest rzeczą konieczną żyć, ale żeglować. London, Stevenson, Melville, Brando, Gauguin, Brel porzucili wszystko, by tam zostać i czekać swej ostatniej Nocy. Dwaj ostatni to paryżanie, więc wybieram ich raj – Markizy na Polinezji Francuskiej.

Markizy to tęsknota za niemożliwym, ostatnia przygoda życia Paula Gauguina i Jacques’a Brela. Obaj szukali szerszej nadziei, porzucając i siebie, i najbliższych, aby wystawić się na pokuszenie wielkiej opozycji: świat – dom. Zamieszkali w osadzie Atuona na wyspie Hiva Oa. Gauguin w swym „Domu rozkoszy” zostawił artystyczny testament „Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?”, setkę innych arcydzieł i ponad 400 butelek po rumie. Usnął pod wysokim krzyżem cmentarza Calvaire, górującym nad całą osadą Atuona. Kwitną mu hibiskusy, a on śni o młodych vahinach w raju odzyskanym. Pilnuje go stojąca obok Oviri (Dzika) obojętna na piękno tego świata, wyobrażenie śmierci o wielkich pustych oczach. Kilkadziesiąt metrów dalej, pod rozłożystym migdałowcem, leży Brel otoczony listowiem młodych palm i przepychających się kwiatów hibiskusa. Zielone góry i cisza, w której bieleją krzyże nad sąsiednimi kośćmi. Droga schodzi wulkanicznym zboczem do oceanu, nad zatokę Tahauku z wysokimi palmami i plażą o piasku czarnym jak śmierć. – Umrzeć, co za głupi dowcip – pisał Brel – ale starzeć się, to dowcip jeszcze głupszy.

Gorąco. Z nieba leje się żar na rozpalone ciało. Mieszają się zmysły, oddech sprawia wysiłek, krew jakby krąży wolniej, jakby gęstnieje. Wszystko zastyga w punkcie. Nie! Dalej, jeszcze dalej. Nie unikajmy podróży – w czasie, przestrzeni, wyobraźni. To dyktat młodzieńczej duszy, która nigdy do końca w nas nie umiera. Dalej, jeszcze dalej. Im dalej, tym bliżej siebie.






Najpopularniejsze

Zobacz także