X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Majowy kaprys dojrzałości – Paryski nie-co-dziennik – Tygodnik Angora

Majowy kaprys dojrzałości – Paryski nie-co-dziennik – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 8 maja 2015

Na paryskich ulicach maj zaczyna się zapachem konwalii. Są wszędzie: w każdej kwiaciarni, na straganach, w koszach ulicznych sprzedawców. Kwiaciarki wciskają przechodniom te delikatne białe kwiaty pachnące dojrzałą wiosną. Prawie każda paryżanka dostaje bukiecik, choć nie każda wie, że ten pierwszomajowy zwyczaj sięga monarchy Karola IX, który tego dnia obdzielał tym niewinnym kwieciem wszystkie kurtyzany swego dworu. Tak zostało. Konwalie zwiastują najpiękniejszy miesiąc, łącząc przeszłość z teraźniejszością, młodość z dojrzałością.

Mocno dojrzała Marlena Dietrich, która ostatnie lata życia przeżyła w Paryżu (zmarła w maju), mawiała, że ostatnim kaprysem starości jest nieobecność. Ale nie w maju. A już zwłaszcza nie można tego powiedzieć o 88-letniej Juliette Gréco czy majowym jubilacie – 91-letnim Charles’u Aznavourze. Gréco właśnie rozpoczęła kolejne tournée. Miało się nazywać Au revoir, ale jeszcze nie czas i jest – Merci! 65 lat po swym majowym debiucie w paryskim kabarecie „Pod wołem na dachu” ta czarna muza egzystencjalizmu z nieodłączną lampką białego wina w ręce ruszyła w koncertową trasę przez Tel Awiw, Niemcy, Belgię i Quebec, by skończyć ją w Paryżu, m.in. w Luwrze, gdzie dawno temu była filmowym „Belfegorem”. Chce też nagrać kolejną płytę, jak jej przyjaciel Aznavour, który 4 maja wydał swój 51. album – Encores (Jeszcze). Niedawno wrócił z koncertów w Nowym Jorku, Montrealu, Los Angeles, a już wybiera się do Saint Petersburga, Moskwy, Hiszpanii, Libanu, no i do Paryża, gdzie wielki bard małego wzrostu (161 cm) zaśpiewa we wrześniu.

Charles Aznavour, nazywany francuskim Sinatrą, nigdy nie utonie w potopie nadmiaru piosenek, bo zbudował muzyczną arkę Noego – pisał Cocteau. W sondażach Timesa i CNN uznano go pieśniarzem XX wieku, który wyprzedził samego króla rocka Elvisa Presleya. Kompozytor, piosenkarz, aktor filmowy, mistrz ekspresyjnego nastroju skomponował 1000 piosenek, sprzedał 100 mln płyt, wystąpił w 60 filmach takich mistrzów kina jak Kubrick, Schlöndorff, Truffaut, Chabrol, Lelouch. Po jego piosenki sięgała lub z nim współpracowała połowa światowego show-biznesu, m.in. Ray Charles, Fred Astaire, Bing Crosby, Bob Dylan, Elton John, również José Carreras, Placido Domingo, Luciano Pavarotti. Ale początki nie były łatwe. Mało kto wierzył w talent syna ormiańskich uchodźców. Zaczął występować w wieku 9 lat w restauracji ojca. Porzucił szkołę, by zostać artystą. Przełom w jego karierze nastąpił, gdy Edith Piaf wzięła go w tournée po Francji i USA. Później miesiącami występował przy pełnej widowni w Olympii i Carnegie Hall. Podbił Amerykę, a wraz z nim paryska ulica wdarła się do Nowego Jorku. Jego głos i sylwetka stały się rozpoznawalne na całym świecie, na którym prawie wszędzie występował – w stu kilkunastu krajach na wszystkich kontynentach. Francuz, Ormianin, obywatel świata, także Szwajcarii, gdzie mieszka i jest oficjalnym ambasadorem Armenii. Ale, co stale podkreśla, zachował szczególne przywiązanie i namiętną słabość do Paryża, który go artystycznie i życiowo ukształtował.

Pod niebem Paryża, Wieczna kobiecość, Rozbierzcie mnie… To już twórczość Juliette Gréco, przyjaciółki Aznavoura, dla której również pisał piosenki, obok Milesa Davisa, Kosmy, Cocteau, Sartre’a, Préverta, Viana, Queneau, Brela, Gainsbourga… Kariera tej „czarnej róży” przywołuje powojenną świetność paryskiej dzielnicy Saint-Germain-des-Prés, wtedy centrum intelektualnego i artystycznego świata. W tamtejszych kawiarniach, Deux Magots czy Café de Flore, wybuchały egzystencjalne dyskusje, a w jazzowych piwnicach w oparach alkoholu i tytoniowego dymu rodził się be-bop grany przez Davisa, Hawkinsa, Moody’ego. Gréco, córka korsykańskiego policjanta i działaczka francuskiego ruchu oporu, była ich piękną twarzą. Współprowadziła nocny klub Le Tabou, cieszący się jak najgorszą sławą, którego bywalców nazywano szczurami lub troglodytami. Grała też w filmach Renoira, Malle’a, Hustona, Wellesa.

Juliette Gréco śpiewa teksty poetyckie, ubrana w czerń i otulona bukietem czarnych włosów. Sylwetka chudej tanagryjskiej figurki, mocny makijaż, przymknięte oczy, koci uśmiech, blada jak przystało na kobietę nocy. Uwodzi ciepłym powściągliwym głosem, sceniczną zmysłowością, intensywnością emocji. 88 dojrzałych wiosen. – Już w dniu, w którym się urodziłam, w którym opuściłam łono matki, zaczęłam umierać. Zrozumiałam to, dlatego moja śmierć już mnie nie zajmuje. Żyję chwilą, zaskoczona, że ciągle jest. Nigdy nie myślę o moim wieku i to mnie ratuje. Chcę odejść, stojąc. Śmierci się nie boję, a nawet zaczynam mieć na nią ochotę. Boję się tylko śmierci tych, których kocham. Nie chodzę na ich pogrzeby, bo nie lubię być pewna, że już ich tu nie ma. Iść i oglądać kogoś w trumnie wydaje mi się nie do zniesienia. Widziałam tak Brela – zabalsamowany, w makijażu. Nie poznałam go, więc nie uwierzyłam.
Fortepian, akordeon, głos Gréco: Kochajcie albo przepadnijcie! Bez zbędnego hałasu, gestów, słów. To taka krótka przygoda – maj.






Najpopularniejsze

Zobacz także