X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Łączmy smaki niemożliwe

Łączmy smaki niemożliwe

Artykuł wprowadzono: 19 września 2020

We współczesnej sztuce gotowania, która nie chce na siłę zmieniać tradycyjnych przyzwyczajeń, czego przykładem może być kuchnia francuska, gdzie wciąż wielkim wzięciem cieszy się klasyczna cielęcina w sosie, zachęca się, by sięgać po nowe „zderzenia” smaków. Nowe rozwiązania mogące przynieść inne doznania kulinarne niż te, które dotychczas znaliśmy. Podążymy tym śladem.

We Francji nastawmy się na ślimaki po burgundzku, żabie udka na ostro z czosnkiem czy na pierś kaczki z borowikami lub na marsylską zupę rybną. Rzecz jasna, bogactwo francuskiej kuchni regionalnej jest znacznie większe. W Palatynacie trzeba sięgnąć po faszerowany świński żołądek, w Szkocji po barani albo po łososia. Włochy to nie tylko kluseczki i makaron czy pizza, ale i wspaniałe owoce morza; kuchnia kantabryjska – na północy Hiszpanii – proponuje tuńczyka z rożna, od którego ślinka cieknie. Polska kuchnia też ma się czym pochwalić. Czeskie knedliczki czy zachwycające smakami potrawy na chorwackim stole – od prosiaczka z rożna po kalmary z rusztu. Palce lizać. Ale też coraz częściej sięgamy po egzotyczne przepisy z kuchni indyjskiej, antylskiej czy indonezyjskiej. Taka wyprawa kulinarna może być wspaniałym doznaniem, tym bardziej że teraz, szczególnie w wielkich metropoliach, zaroiło się od kuchni świata, gdzie nasze poszukiwania kulinarne możemy skonfrontować z tym, co podają nam szefowie pochodzący z różnych zakątków globu. W połowie lat 70. była jedna restauracja japońska w Londynie, w Swiss Cottage. Potwornie droga. Dzisiaj w bok od Piccadilly można się poczuć jak w Tokio, bar przy barze, a na taśmach przesuwają się talerzyki z japońskimi przysmakami. W Paryżu jeden „japończyk” był przy Bastylii, drugi w Dzielnicy Łacińskiej. Dzisiaj istnieje ulica japońskich restauracji biegnąca w bok od Panteonu. A przecież jest kuchnia wietnamska, kambodżańska, tajska, singapurska, indonezyjska, grecka, turecka czy pakistańska. Najlepsze steki podają w argentyńskiej knajpie w Mannheim, w Palatynacie Reńskim. Można jednak łączyć różne tradycje i wtedy otrzymamy na talerzu zaskakujące połączenia.

Kowboj i owoce morza

Stek delikatnie obieramy z tłusz­czu. Posypujemy solą, świeżo zmielonym pieprzem i espelette. Skrapiamy oliwą z oliwek. Rozprowadzamy ją dłonią. Kilka listków szałwii. Gałązka rozmarynu. To samo po drugiej stronie. Owijamy w przezroczystą folię i teraz musi się to marynować przez pół godziny. W tym czasie obieramy gambasy – duże krewetki. Poza ogonami zdejmujemy z nich chitynowe pancerzyki. Nacinamy grzbiety. Wyjmujemy igłą czarne jelita. Drobno siekamy czosnek i kolendrę. Mieszamy z pieprzem cayenne. Faszerujemy tym nacięte grzbiety krewetek. Steki na rozgrzany olej. Kilka chwil. Druga strona. Brązowe boczki. Na pięć minut do piekarnika na 205 stopni. Teraz patelnia, masło. Kropla oleju. Gambasy. Z szarych, przez kolor stalowy, przechodzą w czerwień. Jeszcze chwila i już są dobre. Układamy je na steku. Kilka ostrych papryczek. Dodatkowo warto sięgnąć po turecką sałatkę cziczek. To marynowane delikatnie w occie z niewielkim dodatkiem cukru kawałki kapusty, ogórka, marchewki, czerwonej papryki i ostrej, piekącej papryczki, a dalej pomidorów i… maleńkich, zielonych, bo jeszcze niedojrzałych, brzoskwiń. Nieco pikantne, ale pyszne. A do tego, skoro takie smaki na talerzu, to może nieco mniej cierpkiego, ale bardziej łagodnego w swej „wytrawności” wina argentyńskiego. Torrontes. Lekkie, o wyraźnym bukiecie winogron.

Marek Brzeziński






Najpopularniejsze

Zobacz także