X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Kumpel Gombrowicza

Kumpel Gombrowicza

Artykuł wprowadzono: 20 sierpnia 2021

Paryski nie-co-dziennik

O, jak dobrze rozumiem, Dubuffet, pańskie dążenie do wolności i spontaniczności – pisał Gombrowicz do malarza obrazoburcy. Mieszkali po sąsiedzku w Vence, małej miejscowości Lazurowego Wybrzeża. Jeden ją lubił, drugi nie znosił; tak jak jeden lubił Paryż, a drugi uważał go za nazbyt snobistycznie odżywiony. Ci dwaj burzyciele mieszczańskiego ładu odwiedzali się, korespondowali, polemizowali. Nawet się polubili, ale rodzącą się przyjaźń przerwała śmierć Gombrowicza. Zmarł krótko po ostatnim liście od Dubuffeta, który urodził się 120 lat temu. Stąd ten okazjonalny tekst o sławetnym Francuzie, malarzu „zabijającym malarstwo”, kumplu naszego pisarza prześmiewcy.

Już pierwsza wystawa Dubuffeta w paryskiej galerii Drouin wywołała skrajne emocje. Jedni okrzyknęli go geniuszem nowej sztuki, inni nihilistą tworzącym „gówniane bohomazy”. Wróg muzeów i apologeta wykolejeńców. Robił kolaże ze skrzydeł motyli, budował jaskinie z żywicy, rękami ugniatał błotniste obrazy. Nie ma sztuki bez upojenia, głosił. Instynkt i obłęd. Szaleństwo, nie rozum!

Jean Dubuffet urodził się w Hawrze. Do Paryża przyjechał jako 17-latek, gdzie po kilku miesiącach studiowania porzucił Akademię Sztuk Pięknych oraz związki z artystyczną bohemą. Poznał chorą umysłowo wizjonerkę Clémentine zajmującą się rysowaniem chmur. Później tę ekspresję nazwie art brut, sztuką surową, sztuką marginesu, tworzoną przez chorych psychicznie, dzieci, przestępców. Ta twórczość była dla niego ważniejsza od obrazów wystawianych w muzeach i galeriach. Sam się nią inspirował. Lecz wtedy na wiele lat w ogóle zaprzestał malować. Zajął się rodzinnym biznesem: handlem winem. Dopiero mając 41 lat, całkowicie poświęcił się malarstwu i rzeźbie.

Poszukiwał nowej malarskiej materii. Do farby dodawał piasek, żwir, liście, węgiel, szkło, smołę. Jego technika stawała się bliska warsztatowi murarskiemu. Kompozycje lepił z gęstej kleistej zaprawy. Brał ją gołymi rękami prosto z wiadra i rozprowadzał na płótnie, odciskając ślady życia, przez co ta abstrakcyjna sztuka miała się stać najbardziej realistyczną z możliwych. Jednak po pewnym czasie wrócił do figuratywności, malując kreską o dużej ekspresji zdeformowane korpusy na cienkich kończynach, gnomy i zwierzęta. Nawiązywał do graffiti. Stworzył głośny cykl Paris Circus, sceny z życia miasta. „Chcę, żeby Paryż przypominał arenę cyrkową, żeby ulica była szalona, żeby kamienice zawirowały w szalonym tańcu, dlatego deformuję kontury i fałszuję kolory”. Jednocześ­nie fascynuje go pustynia. Podróżuje na Saharę. Urzeka go cisza i otwarta przestrzeń. „Kocham te wielkie, puste przestrzenie, gdzie żadna przeszkoda ani żaden wytyczony szlak nie wyznaczają kierunku marszu, gdzie nie istnieje nawet samo pojęcie kierunku”. Pejzaże, w których nie widać nic poza bezkształtną, niemającą kresu przestrzenią, co najwyżej usianą kamiennymi okruchami.

W latach 1962 – 1974 powstaje najsłynniejszy z cykli Dubuffeta – Hour­loupe. Zaczyna się od prostych, banalnych rysunków, nagryzmolonych trzema kolorami na kartce, aby po latach przybrać formę trójwymiarowych dużych obiektów, wycinanych w blokach winylu i białego poliestru. Kompozycje są jak olbrzymie układanki puzzli o dziwacznych kształtach. Fantazyjne konstrukcje stworów, przedmiotów, nierzeczywistych budowli i miejsc. Jak rzeźbione obrazy ze swych ram wyzwolone. Przypominają pustą świątynię, sanktuarium nieobecnych istot, metafizyczny sarkofag, pozbawiony logiki świat czystej fantazji.

Powstają kolejne cykle. Zmierzają ku „bezcielesności”, ku nicości, jak mówił artysta. „Przedstawić nicość, nieokreś­loność, nienazwane”. Nie, to nie może się udać; więc po próbie przedstawienia nicości pokazuje nicość próby przedstawienia czegokolwiek. Pozwólmy naszym płucom oddychać absurdem, głosi, i przyjmuje styl dziecięcej bazgraniny, wyzwolony, oszczędny do kresu możliwości. Kontury postaci i przedmiotów zacierają się w pustce papieru. Tylko ów tajemniczy stygmat zostaje. Po śmierci artysty w jego paryskim mieszkaniu przy rue Vaugirard odnaleziono rysunkowy zapisek „Lotu trzmiela” z ostatniego już cyklu „Nie-miejsca” (Non-lieux). Na czarnym tle – nicość, nieskończoność, kosmos.

„Kosmos dla mnie jest przede wszystkim czarny, pisał Gombrowicz, coś jak czarny rozbełtany nurt pełen wirów, zahamowań, rozlewisk, czarna woda unosząca tysiące odpadków, a w nią zapatrzony człowiek, zapatrzony w nią i nią porwany, usiłujący odczytać, zrozumieć, powiązać w jakąś całość”.

Wierzyć? „Pan kłamie, bo jest artystą” – pisał nasz tropiciel formy do Dubuffeta. „Cóż to za kłamliwe plemię – artyści! Artysta nie szuka prawdy, tym, o co mu chodzi, jest stworzenie dobrego obrazu, dobrego wiersza, sukces twórczy”. Złudzenia, miraże, chimery. Nie prawdy szukamy, lecz jej pojęciowego statusu, efektownych narracji, finezyjnych pojęć, poklasku, zbiorowych i indywidualnych halucynacji. Światło uwodzi. Podróżuje do nas przez całą historię wszechświata, a to nie światło, lecz czerń jest widmem ciała doskonale czarnego, owym reliktem Wielkiego Wybuchu.

Prawda jest gnozie bliższa, nie sztuce, nawet nie nauce. Bliższa nocy. Więc dobrej nocy i mimo wszystko świetlistego dnia.     

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także