X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Królestwo moje nie jest z tego świata – Paryski nie-co-dziennik -Tygodnik Angora

Królestwo moje nie jest z tego świata – Paryski nie-co-dziennik -Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 24 maja 2015

Te słowa Chrystusa wiek temu umieścił Gustav Klimt pod swym monumentalnym obrazem Fryz Beethovena, ikoną miłosnego aktu wyniesionego na ołtarz sztuki. Książę wiedeńskiej secesji próbował odkupić człowieka z żądz ślepego instynktu. Echo biblijnych słów odezwało się w paryskiej Pinakotece, gdzie do 21 czerwca potrwa „Czas Klimta” – wystawa jego dzieł, od najwcześniejszych po najokazalsze, jak „Judyta I” czy ów „Fryz” inspirowany IX symfonią Beethovena. Skonfrontowano je z innymi pracami epoki, m.in. Egona Schielego i Oskara Kokoschki, co przyniosło w pełni oczekiwany efekt jednej z atrakcyjniejszych ekspozycji wiosennego sezonu sztuki.


– Jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś o mnie – pisał Klimt – to wystarczy zobaczyć moje obrazy, mimo że nigdy nie namalowałem autoportretu. Nigdy nie interesowałem się sobą jako tematem. Moim celem było zwrócić się ku innym, zwłaszcza kobietom. I to właśnie one znalazły się w centrum sztuki Klimta, sztuki przesyconej erotyką. Sam artysta miał bogate życie miłosne, acz mocno pogmatwane. Większość swych modelek brał nie tylko w posiadanie swego malarstwa, rozporządzając ich ciałem jak estetyczno-erotyczną metaforą, stawały się one również jego zmysłową formą zdolną do wywołania ekscesu artystycznej wolności. Kobieca plastyczność tak go uwiodła, że w imię swoistej metafizyki, jaką tłumaczył egzystencję, fenomenem estetycznym chciał zmieniać życie w sztukę, w jej triumf nad życiem, instynktem, żądzą. „Sztuka prowadzi do królestwa wyższego, królestwa czystej radości, czystego szczęścia, czystej miłości”. I tak oto buntując się przeciw ślepym prawom natury, splótł kobietę i mężczyznę pod kloszem secesyjnej ornamentyki.

Jego pięknie wypieszczone obrazy są owocem intelektualno-mitycznej medytacji, rygorystycznej konstrukcji, drobiazgowej metody. Był pod wpływem sztuki japońskiej, a także „Bram piekieł” Auguste’a Rodina. Twarze i ręce kobiet malował realistycznie, natomiast pozostałe części ich ciała oraz stroje zakrywał płaskim tłem zdobionym abstrakcyjną ornamentacją płynnych, ruchliwych, falistych linii. To oczywiście cechy secesji bogatej w charakterystyczne wzory roślinne i geometryczne bryły drobnych rombów, trójkątów, prostokątów. Kompozycje bliskie mozaiki, często złoconej przy użyciu listków złota i srebra.

Klimt stanął u źródeł abstrakcjonizmu z tymi dekoracyjnymi motywami ornamentyki, ale również u źródeł miłości, tej mitycznej, z „królestwa, które nie jest z tego świata”. Z czasem porzucił i jedno, i drugie, nie mogąc przekroczyć opozycji między sztuką i życiem. Miłość okazała się rozczarowująca, kurczowo trzymając się reprodukcyjnej natury. Wrócił więc do „tego świata”, przy okazji zamieniając linearny wymiar swych dzieł na seksualnie bardziej wolny, zwłaszcza w rysunkach, dla niektórych tak wolnych, że aż pornograficznych, czym poniekąd wyprzedził swój czas.
Obejrzałem te rysunki, tyle że już nie w Pinakotece, a w katalogu poprzedniej paryskiej wystawy Klimta w muzeum Maillola. Intymny świat kobiecej nagości artysty zafascynowanego tajemnicą zmysłowości. Pod jego miękkim ołówkiem kielichy kobiecych ciał jakby wilgotnieją i oddają się subtelnym pieszczotom, masturbują, czekają na wypełnienie. Są w pełnej dyspozycji seksualnej, lecz nie ma w tym ani obscenicznego stygmatu, ani ekshibicjonizmu. Jest nostalgia i nieuchronność erotycznych doznań zamkniętych w kokonie dziewczęcych ciał.

Ołówek Klimta lekko dotyka tych ciał, odkrywa ich najmniejsze pofałdowania, delikatnie muska plecy, ślizga się między subtelnymi napięciami modelek. Nie wszystkie są nagie, niektóre są na wpół nagie, niektóre na wpół śpią. Te, co nie drzemią, podnoszą nogi, kurczą się, wiją, chowają twarz, tulą głowę w cień poduszki, krzyżują ręce, podnoszą się, siadają, znowu się kładą, pieszczą ramiona, włosy, piersi, łechtaczkę, rozplątują włosy łonowe, przeciągają się, otwierają uda, zamykają oczy, pokazują twarz, napinają lędźwie; ich biodra i pośladki raz skręcają się w lewo, raz w prawo, czasami, choć rzadko, wślizgują się pod mężczyznę przykrytego poduszką, kochankiem umownie nazywanego, ale najczęściej zajmują się same sobą.

Kaprys, wybryk ciał, zwłaszcza łona, które po freudowsku (bo to też czas Freuda) są równie piękne, a może i piękniejsze niż twarze. Dla Klimta całe kobiece ciało jest zależne od jego części genitalnej. Jest dwuznaczne, nieokreślone, hipnotycznie urzekające. Lecz nie zmierza do finalnego orgazmu, zadowala się wibracją trwania. Wirtuozeria ołówka przekracza kontury ciała. Kobieca dłoń, dotykając sromu, jakby nastraja instrument, który przywołuje metaforę otwierającego się pejzażu, sprzęgniętego z anatomią jej ciała. Rozwiewają się chmury, rozpraszają mgławice i pojawia mityczne źródło początku wszystkiego. Po czym ciała nikną, przemijają jak zaspokojona żądza. Nikną wraz z niewyraźną linią rysunku, blednącą w pustce papieru.






Najpopularniejsze

Zobacz także