X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Kral Północy

Kral Północy

Artykuł wprowadzono: 25 maja 2021

Francja witała go z ciekawością i nutą ekscytacji – przybywał w końcu jako ekspert od zdobywania bramek, którego dotąd zachodnioeuropejski kibic znał głównie z opowieści. Nie każdy wiedział, że Ligue 1 zaszczyca obecnością Kral godny swego tytułu.

Skoro Burak Yilmaz pokazał, na co go stać, na myśl przychodzi trywialne pytanie: dlaczego dopiero teraz? Szczerze odpowiedział na nie w „L’Equipe: – Kluby, w których grałem nie chciały mnie puścić, a warunki były bardzo dobre. Co roku walczyłem o mistrzostwo i tytuł króla strzelców. Miałem oferty od wielkich europejskich klubów, ale je odrzuciłem. 

Od miłości do nienawiści i z powrotem

Bez cienia przesady można powiedzieć, że w ojczyźnie miał wszystko. Jest tam ikoną. Grał w zwaśnionych klubach stambulskiej „wielkiej trójki” i Trabzonsporze, więc przyjmował i aplauz, i obelgi z każdej z najgłośniejszych trybun Süper Lig. – Każdy turecki kibic nienawidził kiedyś Buraka Yilmaza – mówi w „Ouest France” badacz stosunków międzynarodowych i znawca tureckiej piłki, Antoine Michon. Socjolog Daghan Iraq z University of Huddersfield uzupełnia: – Gdziekolwiek się zjawia, zaczyna z hukiem. A kiedy strzelasz gole, tureccy fani wybaczają wszystko.

Jego talent eksplodował stosunkowo późno – miał 25 lat, kiedy pierwszy raz ustrzelił „dwucyfrówkę”. Grał wtedy dla Trabzonsporu i miał już za sobą przeciętne epizody w Fenerbahçe i Beşiktaşie. Kiedy zamieniał Trabzon na Galatasaray, fani Beşiktaşu nie omieszkali wypomnieć mu zdrady, choć strzelił dla nich ledwie 7 goli i został bez żalu oddany do Manisasporu. Były obrońca Lille i ówczesny kolega Buraka z Galaty, Aurelien Chedjou, wspomina we „France Football”: – Pamiętam tamte mecze z Besiktasem. Ilekroć tam przyjeżdżał, wznosiły się gwizdy. Ludzie rzucali w niego, czym popadnie. Na łamach „Ouest France” Chedjou dodaje: – To typ piłkarza, którego na początku nienawidzisz, a potem uwielbiasz całym sercem. Kiedy przychodzi do nowego klubu, na rozgrzewkach słucha samych gwizdów, ale tylko się z nich śmieje.

Dla lepszego kontraktu wyjechał do Chin, ale po ledwie półtora roku wrócił, stęskniony za rodziną. Znów wylądował w Trabzonsporze, a stamtąd udał się do kipiącego nienawiścią wobec niego Beşiktaşu. Kiedy podpisywał kontrakt, zbliżał się do 34. urodzin, a mimo to w półtora sezonu zdobył dla Czarno-Białych 24 gole w 40 meczach. Jak wspomina Chedjou: – Kiedy odchodził, był ich gwiazdą. Absolutnym ulubieńcem. Jeszcze niedawno wytykali mu przeszłość i gwizdali, a koniec końców żegnali go ze łzami.

Obraz idola i wroga publicznego w jednym uzupełnia anegdota kameruńskiego obrońcy: – Gdy tylko ludzie go rozpoznają, wywołuje szał. Niektórzy proszą o zdjęcia, inni go wyzywają. Chciałem kiedyś zjeść w słynnej stambulskiej restauracji, odwiedzanej przez całą turecką elitę: artystów, polityków… Nie mogłem dostać stolika, więc zadzwoniłem do Buraka. Miejsce znalazło się w pięć minut.

Pomocna dłoń

Kultowy status zawdzięcza nie tylko bramkom i prowokowaniu kibiców kontrowersyjnymi transferami, ale też wojowniczemu charakterowi, który zdążył we Francji zaszczepić całej mistrzowskiej ekipie. Jak sam Yilmaz odnotowuje w wywiadzie z „L’Equipe”, nie znając języka mógł przekonać do siebie zespół tylko czynem: – Wszystko sprowadza się do gry. Chcę wygrywać, więc walczę, biegam za piłką, pokazuję jak mi zależy. Chodzi o to, żeby przekazać to drużynie. Jako „starszy brat” muszę rozwijać młodszych piłkarzy, komunikować się z nimi, pracować, aż nie osiągną perfekcji. Na boisku trzeba dawać przykład. Młodzi muszą u mnie widzieć doświadczenie i jakość. A kiedy piłka w grze, nie ma już znaczenia, kto ma 18, a kto 30 lat. Liczy się tylko, czy przebiegłem więcej kilometrów.

Z pomocy „starszego brata” skorzystał przede wszystkim młody Kanadyjczyk, Jonathan David. Popisowy start 34-latka w nowym kraju roztoczył zarazem parasol ochronny nad młodszym napastnikiem – to sprowadzony za 27 mln euro młodzieniec miał od początku błyszczeć i zastąpić bramkowy wkład sprzedanego Victora Osimhena. Pierwsze miesiące były jednak bardzo kiepskie. Trudno sobie wyobrazić, jaka krytyka spłynęłaby na niego, gdyby w obowiązkach nie wyręczył go wówczas Turek. David w końcu okrzepł, a kiedy Yilmaza na kilka tygodni wykluczyła kontuzja, były gracz Gent był już u progu znakomitej formy.

Pierwszy trener Buraka – Yilmaz Vural, który dał mu szansę debiutu w tureckiej drugiej lidze – wspomina we „France Football”, że Burak od początku wyróżniał się osobowością: – Pewnego razu na treningu przechodził obok mnie, a nagle się zatrzymał i otworzył szeroko usta. Kiedy zapytałem „co, do cholery, wyprawia”, odpowiedział: „Nie dasz mi zagrać, choćbym teraz upolował zębami ptaka”. […] Od zawsze miał to „coś”, a graczy z takim potencjałem nie prowadzi się łatwo. Czasem, kiedy zrobił jakąś głupotę, biegałem za nim i próbowałem przyłożyć mu butem.

U szczytu możliwości snajper nie spotkał się już z Vuralem w jednym klubie – ich kariery to w pewnym sensie idealne przeciwieństwo: choć trener ten jest legendą tureckiej menedżerki, nigdy nie prowadził żadnej z czterech czołowych drużyn. Mimo to napastnik zachowuje z nim bliskie relacje. Podobną estymą darzy obecnego selekcjonera Turcji, Şenola Güneşa, który wydobył z niego talent w Trabzonie, oraz Jeana Tiganę, któremu zawdzięcza pierwszy epizod w Beşiktaşie: – Jest dla mnie jak ojciec. Trzeba było odwagi, żeby ściągnąć piłkarza z drugiej ligi do najsilniejszej drużyny w kraju. Wierzył we mnie i nie przestawał tego okazywać.

Wielki wojownik

Z Tiganą pracował wtedy Guy Stéphan, dzisiejszy asystent Didiera Deschampsa. – Yilmaz był wtedy młodym piłkarzem. Uwielbiał harówkę, miał potencjał, ale nie wyglądał jeszcze na lidera, jakim się później stał. Dziś jest właściwie kompletnym graczem. Lubi atakować z głębi, choć nie jest sprinterem. Umie utrzymać piłkę tyłem do bramki. Lubi walkę, kontakt, pojedynki, a do tego ma umiejętności i potrafi się poświęcić dla kolektywu. Żadnemu obrońcy, który musi się z nim mierzyć, nie jest do śmiechu.

Wszystko, co opisuje Stéphan, znalazło swoje przełożenie na boiska Ligue 1. Spektakularne gole, napędzanie gry zespołowej, a nade wszystko dręczenie obrońców uporczywym, fizycznym stylem –każda z tych rzeczy stała się cennym elementem arsenału Lille. Z perspektywy czasu trudno uwierzyć, że początkowo miał być tylko doświadczoną alternatywą: nikt inny w zespole Galtiera nie potrafiłby dostarczyć drużynie nic podobnego. 

Waleczność Yilmaza ma jednak ciemną stronę – Turek słynie też z nerwowych, teatralnych reakcji, ciągłych pretensji oraz skłonności do „symulek”. W „L’Equipe” tłumaczy się: – Na boisku uzewnętrzniam wszelkie emocje. Chcę wygrywać i to okazuję. Co się dzieje na murawie, zostaje na murawie. Zawsze zachowuję szacunek [do kolegów], chociaż atmosfera meczu robi swoje. I dodaje: – Ale zwykle obrywa się sędziemu!

Bruderszaft z diabłem

Kontrowersje Burak Yilmaz budzi nie tylko boiskowymi gestami. Jest bowiem jednym z piłkarzy, którymi lubi się otaczać prowadzący autorytarne rządy prezydent Recep Erdoğan. W sieci nietrudno znaleźć ich wspólne fotografie – napastnik zresztą niczego nie ukrywa: – Każdy wie, że utrzymuję kontakt z prezydentem Erdoğanem, ale nie zajmuję się polityką. Lubię go i szanuję. Kiedy zdobywam bramki, wysyła mi gratulacje, a kiedy nie trafiam, pisze „nie przejmuj się, jeszcze trafisz”. Kiedy jednak zobaczyłem, jakie napięcie panuje między Francją a Turcją, postanowiłem nie mówić już o polityce. Nie mam nic przeciwko Francuzom, a wszelkie spory to sprawy państw.

Antoine Michon w „Ouest France” wypomina Burakowi, że ten lubi spontanicznie przypominać o swojej przyjaźni z prezydentem: – Kiedy wrócił do Trabzonsporu, zapuścił brodę, a w klubowym czasopiśmie opowiadał, jak Erdoğan powiedział, że tak mu do twarzy i poradził się nie golić. [Z powodu tej relacji] Yilmaz zaczął dzielić społeczeństwo. Połowa ludzi go uwielbia, połowa nienawidzi. 

Politolog jest jednak zdania, że z perspektywy politycznego sporu przenosiny do Lille były równie trafnym wyborem, jak pod względem sportowym – Yilmaz dystansuje się w ten sposób od prezydenta i bieżącej polityki: – Wyróżnianie się w Europie to dla Turków powód do dumy – wiadomość, która idzie w świat – szczególnie w kontekście dążeń do dołączenia do Unii Europejskiej. Daghan Iraq dodaje na łamach dziennika: – Gra we Francji może pomóc jego relacjom z opinią publiczną. W ten sposób może budować poczucie dumy narodowej bez prowokowania kontrowersji.

Burak Yilmaz powtarza, że chociaż lubi przydomek krala goli, nie chce kojarzyć się tylko z bramkami. To mu się z pewnością udaje. Czy to w politycznej zawierusze, czy w złożonych relacjach z kibicami stambulskich gigantów, czy w końcu w agresywnym stylu gry – każdy może znaleźć powód, żeby go znienawidzić. Albo pokochać, jak fani Lille, dla których na lata zostanie symbolem mistrzowskiego sezonu. Nawet gdyby włączyć do równania polityczne konteksty, dla nich tryumf tureckiego krala nad katarskim emirem to wciąż oczywiste zwycięstwo dobra nad złem.

Eryk Delinger, Le Ballon

Burak Yilmaz poprowadził Lille do 4 tytułu Mistrza Francji

Najpopularniejsze

Zobacz także