X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Kiedy byłem małym chłopcem …. (Tygodnik Angora)

Kiedy byłem małym chłopcem …. (Tygodnik Angora)

Artykuł wprowadzono: 28 maja 2016

Paryski nie-co-dziennik
hej,
I dalej nim jestem, bo podobno nasze wewnętrzne dziecko nigdy w nas nie umiera, a dorosłość to co najwyżej powiew tamtego zapachu, koloru, emocji. Zajrzyjmy tam, przecież kochamy siebie jak swoje dzieci. Niech więc i nam święci się święto dziecka. Nad Sekwaną okazji ku temu sporo.


Zanim zaczniemy od specialité parisienne, czyli sztuki, a ściślej od wystawy „Sztuka i dziecko” (do 3 lipca) w muzeum Marmottan Monet, przypomnijmy pewną teorię socjologiczną, według której żyjemy w czasach stałego zacierania się różnic między dziećmi i dorosłymi. Mniej już dzieciństwa wyraźnie oddzielonego od dorosłości. Dziecięcym światem zaczynają rządzić reguły podobne do tych, jakimi manipuluje się w świecie dorosłych. Dziecięcy rynek towarów i usług to duża gratka, więc oddziałuje się na niego jak na dorosłych, aby unifikować, komercjalizować i wykorzystywać oba te światy. W konsekwencji dziecięca konsumpcja i zachowania przyjmują model bliski dorosłym. Wszechobecna multimedialna kultura masowa wciąga dzieci w obszar dorosłej przebiegłości, a my, tak zwani dorośli, coraz chętniej ześlizgujemy się w życie na niby, w dzieciństwo bez dzieciństwa w zdziecinniałym świecie.

Paryska wystawa sięga jeszcze czasów, kiedy dzieciństwo i dorosłość nie tyle się przenikały, co dopełniały – ukazuje dziecko w arcydziełach malarstwa, od śred­niowiecza po XX wiek. Jest tam dziecko Jezus (Beauneveu), dziecko król (Ludwik XIII Jeune’a), są mali muzykanci (Le Nain), mali patrioci z Komuny Paryskiej (Jeanron), dzieci ulicy (Pelez), dzieci na łożu śmierci (Champaigne) czy na łonie szczęśliwej rodziny (Renoir, Manet, Monet, Bonnard, Cézanne, Matisse).

W XX wieku dziecięca ekspresja zaczęła fascynować awangardę poszukującą redefinicji sztuki. Od Miró po Dubuffeta artyści chcieli malować jak dziecko, inspirować się dziecięcą kreską, malować świat antyintelektualny, osobisty, utopiony w imaginacji, nieskażony kulturą. U pierwszego jest miejsce dla gwiezdnych konstelacji, słońc, księżyców, znaków wolnych i przestrzennych. Drugi to malarz pierwotnych emocji, co robił kolaże z motylich skrzydeł, budował jaskinie z syntetycznych żywic, ugniatał rękami błotniste obrazy. Przechodził od banalnych rysunków nagryzmolonych trzema kolorami na kartce do form trójwymiarowych wycinanych w blokach winylu, niczym olbrzymia układanka z puzzli albo rzeźbione obrazy wyzwolone z ram, przypominające pozbawiony logiki świat czystej fantazji. – Pozwólmy naszym płucom oddychać absurdem, głosił Dubuffet i przyjmował styl dziecięcej bazgraniny. – Bo dzieci są wolne, niezależne od kontekstu społecznego, od ograniczeń narzucanych przez autorytet sztuki, robią to, co je bawi, nie troszcząc się, czy bawią tym innych. Zwolnione z obowiązku pochwały piękna mają przyzwolenie na wszystko – i taki powinien być artysta.

Paryską wystawę kończy dzieło Picassa, od dziecka nazywanego „Małym Goyą”. Jego obraz – „Malarz i dziecko” – namalowany rok przed śmiercią w 1972 roku, przedstawia jakby podwójny autoportret Hiszpana – i jako dziecko, i jako malarz u schyłku życia. Jest artystyczną ilustracją słów Picassa: „Trzeba mi było całego życia, abym nauczył się malować jak dziecko”. No i sięgnąć definicji geniusza Baudelaire’a, że geniusz to odnalezione dzieciństwo – do woli, do syta.

W Paryżu trwają też dwie inne wystawy malarzy łączonych z dziecięcą inspiracją: Paula Klee w Centrum Pompidou (do 1 sierpnia) i Henri Rousseau, zwanego Celnikiem (do 17 lipca) w Muzeum d’Orsay (obie były już tematem nie-co-dziennika). Klee to artysta łączący mistykę z dziecięcą prostotą, który wierzył, że prapoczątki sztuki można odnaleźć w dziecięcym pokoju. Dlatego i źródeł własnej sztuki tam szukał, katalogując swe dzieła, począwszy od pierwszych rysunków kreślonych w wieku 3 – 5 lat, po ostatnie przedśmiertne obrazy także wystylizowane na infantylne. Jego niewielkie kompozycje oscylują między poetycką baśnią a nieprzeniknioną rzeczywistością, noszą znamiona improwizacji, spontaniczności, nieświadomego gestu. Z kolei Rousseau to artysta podszyty dzieckiem, archetyp malarstwa naiwnego. Płaski styl, bez perspektywy, przysparzał mu wielu krytyków, często śmieszył, ale barwność i anegdotyczność zachwycały. Malował instynktownie, można by rzec, balansował na granicy kiczu i niedojrzałości.

– A człowiek – jak pisał Gombrowicz – nie tylko niedojrzałości ulega, on jej pożąda. Chciałoby się, chciało… jak ten Piotruś Pan polecieć gdzieś daleko w czasie i przestrzeni do jakiegoś Superlandu. Tak? Proszę bardzo! Może Disneyland? On, Piotrucha Pan tam jest, w bezpiecznej krainie infantylnych marzeń, rozrywki, przygody, w krainie zwanej Disney Studios, która wygrywa rywalizację już nie tylko z Luwrem, ale i z wieżą Eiffla. Wokół rosną hotele, które dysponują większą liczbą pokoi niż całe turystyczne zaplecze filmowego Cannes. Nowe imperium cywilizacji opartej na lukratywnym kulcie infantylizacji życia. Pobrykamy?… Ale z Grekiem Zorbą. Bo to jego: Czy widziałeś kiedyś tak piękną katastrofę – czyli z dramatu zrobić radość, to sztuka, ba, arcydzieło. Tyle że było to dawno, dawno temu, kiedy byłem małym chłopcem, hej.




Najpopularniejsze

Zobacz także