X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Jak hipopotam – być! – Tygodnik Angora

Jak hipopotam – być! – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 23 kwietnia 2016

Paryski nie-co-dziennik

To read or not to read? Oto jest pytanie jednej z najsłynniejszych księgarń nie tylko w Paryżu – „Shakespeare and Company”. Miejsce szczególne, oaza pisarzy, moli książkowych, turystów. Jej historia sięga mitu literackiej fikcji, o której Mario Vargas Llosa – którego dzieła właśnie wydano w prestiżowej kolekcji Gallimarda La Pleiade – napisał, że fikcja ta niesie w sobie coś rewolucyjnego, pragnienia i apetyt na to, czego nie ma w rzeczywistym świecie.



Shakespeare & Co. przy rue Bu^cherie 37 założył w 1951 roku Georges Whitman, Amerykanin żądny twórczych przygód w Mieście Świateł. Początkowo nosiła nazwę „Mistral”, ale zmienił ją w hołdzie dla zmarłej przyjaciółki Sylvii Beach na nazwę jej legendarnej księgarni. Była pierwszym wydawcą Ulissesa Joyce’a, wcześniej odrzucanego przez innych wydawców, i to ona pierwsza otworzyła księgarnię „Shakespeare and Company” już w 1919 roku przy rue Dupuytren 8, którą trzy lata później przeniosła na sąsiednią rue de l’Odeon 12, skąd Ulisses ruszył w świat. Miejsce to upamiętnia „drzewo kwitnące książkami” w samym sercu „republiki literackiej fikcji”, za jaką uchodzi dzielnica Saint-Germain-des-Prés, gdzie mieszkały pokolenia wielkich pisarzy, od Balzaka po wspomnianego Joyce’a, Hemingwaya, Ionesco, Becketta czy Kunderę.
W księgarni przy Bu^cherie 37 panuje atmosfera dawnych czasów. Tysiące książek poupychanych jest w każdym kącie, nowe i antykwaryczne pozycje. Na piętrze między książkami są stare sofy z poduszkami, krzesła, fotele, stoły. Przy oknie z widokiem na sekwańską wyspę Cité i katedrę Notre Dame stoi biurko z „antyczną” maszyną do pisania marki Hermes 3000, na której mógł wystukiwać swoje fikcje Henry Miller czy Allen Ginsberg, obaj często tu goszczący. Obok „pisarska dziupla” z powpinanymi i porozrzucanymi w nieładzie karteczkami, zapiskami, notatkami. Usiadłem tam zwabiony biuletynem Gallimarda z twarzą Mario Vargasa Llosy na okładce. – To w Paryżu napisałem pierwsze powieści, tu odkryłem Amerykę Łacińską i poczułem się Latynosem, wcześniej będąc jedynie Peruwiańczykiem bez poczucia przynależności do tej wielkiej rodziny – czytam słowa Noblisty, który sam wybrał osiem swych powieści z lat 1963 – 2006 do kolekcji Pleiade.

W 1958 roku pisarz wygrał konkurs zorganizowany przez La Revue française i w nagrodę wyjechał do stolicy latynoamerykańskiej kultury lat 60., jak nazwał Paryż inny latynoski noblista Octavio Paz. Nad Sekwaną Vargas przeżył pierwszy sukces swej powieści „Miasto i psy”, inspirowanej pobytem w szkole kadetów w Limie. Książka została przetłumaczona na 30 języków, a literacka kariera 26-letniego wówczas pisarza pofrunęła znad Sekwany daleko w świat. W Paryżu poznał on Camusa i Sartre’a, odkrył nową powieść, a nawet literaturę latynoamerykańską: Márqueza, Fuentesa, Cortázara. Ten ostatni porównywał twórczą energię swojego przyjaciela Maria do nosorożca z zoo w Buenos Aires, który mając ochotę na kąpiel, sforsuje wszystkie bariery odgradzające go od wody. Ale Mario wolał hipopotamy, lubił się z nimi fotografować. Hipopotam – pisał – jest brzydki, gruby i robi wrażenie brutala, lecz w rzeczywistości jest łagodny. Ta sprzeczność mnie porusza. Więcej: on praktykuje seks z wielkim upodobaniem. Życie seksualne hipopotamów przypomina grę a` la Cortázar, co wymaga dobrego przygotowania i dużej finezji. Jeśli jakieś zwierzę praktykuje erotyzm, to bez wątpienia hipopotamy, które kochając się, doznają prawdziwie cielesnej rozkoszy.

Vargas jest pisarzem o wielkim apetycie na życie, elokwentny, z pasją broniący swych przekonań. Jego już 80-letnia linia życia jest smakiem wolności i buntu, a twórczość lawiną uczuć, barwnych postaci, historii i opresji. – Nie byłbym pisarzem, gdyby ojciec nie był dla mnie tak opresyjny. Przed poznaniem politycznej autorytarności poznałem ojcowską. Opór wobec jego siły budował moją siłę i wolność. A opór wobec dyktatury generała Odri stał się osnową powieści „Rozmowy w katedrze”, zaś jego ślub w atmosferze skandalu z kilkanaście lat starszą od niego ciotką do innej powieści – „Ciotka Julia i skryba”.
Pisać to działać – to credo wyznaczało gwałtowne zwroty Vargasa Llosy: od komunizmu (pochwała Fidela Castro) po prawicowy liberalizm (pochwała Margaret Thatcher) i ostrą krytykę prezydentów Wenezueli Hugo Chaveza i Boliwii Evo Moralesa. W 1990 roku sam kandydował w wyborach na prezydenta Peru. W pierwszej turze wyprzedził Alberta Fujimori, ale w drugiej z nim przegrał. Trzy lata później przyjął obywatelstwo Hiszpanii, a przed kilku laty od króla tytuł hiszpańskiego markiza.

W fikcji jest coś rewolucyjnego… – odnajduję słowa Llosy na jednej z karteczek w „pisarskiej dziupli” Shakespeare and Company. Nie tylko pisarze produkują tę fikcję. Wszyscy to robimy. Bo podobno istniejemy o tyle, o ile opowiadamy swoje życie, fabrykując jego kopie. Wszystko jest fikcją, częścią tej wielkiej „gry językowej” określającej nasze postrzeganie świata. Życie jest fikcją, wieczność jest fikcją. Jesteśmy skazani na fikcję, bo tylko fikcję, którą sami stworzymy, jesteśmy w stanie pojąć. I to nie zawsze, i nie do końca.






Najpopularniejsze

Zobacz także