Zakochani – Paryski nie-co-dziennik

Zakochani – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 9 lutego 2019

W sobie, w innych, w kulcie młodości i uwodzenia. Tę aurę podniecenia celebruje się nie tylko w łóżku, mediach czy literackiej fikcji – ukazała się nowa książka Houellebecqa „Serotonina” – ale także na ulicy, gdzie ruch „żółtych kamizelek” doczekał się rywala w walce o miłość ludu.

To „czerwone chusty” i takież szaliki; żółty kontra czerwony, i to bynajmniej nie w fazie bluszczu czy motyli w brzuchu, bo ich emocje ślepną z tygodnia na tydzień. O wiośnie Macrona, mistrza naszego Biedronia („Biedroń alias Macron” zeszłoroczny nie-co-dziennik, „Angora” nr 40), zapomniano, ale walentynkowa feta trwa – i nad Sekwaną, i zapewne nad Wisłą Wiosną uwiedzioną.

Zakochanie to solidny most między ciałami kochanków, po jakim stąpają ku ciepłej wilgotnej przystani, usytuowanej zarówno poniżej instynktów, jak i powyżej siódmego nieba. Może dlatego paryskie mosty są tak tłumnie oblegane przez zakochanych. Wieść niesie, że pod mostem Pont Marie wszystkie życzenia kochanków się spełniają, pod warunkiem że ich sobie nie ujawnią. Ale to na most des Arts przychodzi ich najwięcej. Jego siedem łuków jak siedem stopni do nieba spina nabrzeża rzeki wijącej się meandrem w kształcie kobiecej piersi. Nie, Paryż rodzaju męskiego to jakieś gramatyczne nieporozumienie, przebrzmiały teatr, a nie rzeczywistość, jakiś seksistowski nonsens. Paryż jest kobietą, kochanką o 20 twarzach swych odrębnych dzielnic. Co najwyżej można by się zgodzić na jakiś rodzaj uniseksu spod znaku Yves’a Saint Laurenta. To miasto uwodzicielka, z którą ma się długi romans lub przelotny flirt. Pełno tu par niczym kopii „Pocałunku” Rodina, który też się włóczył paryskimi ulicami, szukając inspiracji w miłości. Jego muzeum w pałacu Biron z ogrodem róż należy do ulubionych miejsc zakochanych; trwa tam wystawa rysunków Rodina, który swym piórkiem muska powabne ciała zamknięte w kokonie uwodzenia, seksu, miłości.

Życie jako uwodzenie to temat eksploatowany nie tylko przez sztukę i kolorowe tygodniki, również przez elitarne pisma w rodzaju Sciences Hu­maines. Bo uwieść – to odnieść sukces. Do arsenału uwodzenia należą praktyki prestiżu, siły, obietnic i pochlebstwa. Lubimy stroszyć piórka nie tylko po to, by uwieść partnerkę, ale i siebie samych. Wielką sceną jest też internet przypominający bal maskowy, na którym maski wybierają inne maski, testują uwodzicielskie predyspozycje, idealizując ego. Uwodzenie dawno przekroczyło granice miłosnych relacji, stało się siłą napędową strategii politycznych, reklamowych, marketingowych, aktem komunikacji wdzierającym się we wszystkie sfery życia.

W czasach obumierania tradycyjnych ideologii narcyzm kreuje nowe ideologie wybujałej wizji samego siebie. Z lęku przed nicością i błahością świata stale rozszerza swe granice, od polityków, przez artystów, po anonimowych obywateli uwikłanych w codzienność i sieć portali społecznościowych. Lista najemników samouwielbienia jest długa. Nikogo nie dziwi skłonność do koncentracji na sobie, bo rozwój jest dziś przede wszystkim – „o-so-bi-sty”, czego dowodzą niezliczone publikacje tego sektora. Marketing ego to coraz lepiej prosperujący biznes. Jego częścią staje się używanie przyjemności, celebra fizis, miłosna fluktuacja, gdzie seks jest czynnością zabawową, higieniczną, a miłość swoistą ideologią szczęścia.

Czy uprawiałeś seks towarzyski? – można usłyszeć. To spanie ze sobą, żeby się zaprzyjaźnić. Seks jako forma poznania się, rozszerzenia kręgu znajomych, zyskania korzyści. Ci, których się zna, z którymi się pracuje, spotyka, to zazwyczaj byli lub przyszli kochankowie, partnerzy wieczoru, koleżanki koleżanek, kumple kumpli, dzięki którym znajduje się pracę, szkołę, mieszkanie. Taka krótkoterminowa spekulacja: wybieramy, korzystamy, porzucamy, i od nowa podejmujemy ten cykl, inwestując w kogoś, oczekując zysku.

„Seks” to coraz banalniejsze słowo, którego uczymy się jak języków: jedni są urodzonymi poliglotami, inni jąkają się przez całe życie. Czy to już tylko ukierunkowany instynkt napędzany biochemicznym paliwem? Bestia albo fantastyczny stwór, który trzeba okiełznać i uwolnić, niczym śpiącą księżniczkę. Brniemy wciąż tą samą drogą, łudząc się, że jest niepowtarzalna, a idziemy śladami innych kochanków. Bo w łóżku zawsze jest nas gromadka z tymi wszystkimi „ex” po obu stronach. Nawet jak już mają status umarłych, to nie do końca zostali pochowani i zawsze trochę ich zostało w naszych umysłach i ciałach. Czasem uosabiają nasze porażki: bolesne doświadczenia, upokorzenia, upadki, czasem zwycięstwa, które przyczyniły się do tego, kim jesteśmy.

A miłość? Gdzie tajemnica unosząca się nad ciałami kochanków? Socjolożka Eva Illouz postawiła tezę, że miłość nie jest już ideałem, lecz problemem. Kiedyś była substytutem wiary, wręcz religijnej, w której obdarzaliśmy obiekt uwielbienia uczuciem niemal sakralnym. Ten model się wyczerpał – twierdzi. Uwierzyliśmy w wolną miłość, co paradoksalnie zrobiła z nas więźniów seksualnej wolności. Zostaliśmy „zakochanymi koczownikami”, tułaczami poszukującymi ciągle nowych miłości, piękniejszych, mocniejszych. Piękne twarze, powabne sylwetki – nie sposób się oprzeć ich uwodzicielskiej mnogości. Miłość – eksperymentalne laboratorium, w którym szybko się triumfuje i jeszcze szybciej upada. I nikt nie jest zwolniony z obowiązku uwodzenia. To fortel natury, nad którym czuwają religie, nauka, sztuka, media, biznes, reklama. Koniec końców – jak pisał Nietzsche, ulubiony filozof paryskich salonów – kocha się swą żądzę, a nie to, czego się pożąda; w innych co najwyżej kocha się swoją nadzieję.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także