Zagubione „e”, gdzieś między przecinkiem, znakiem zapytania, średnikiem – Paryski nie-co-dziennik

Zagubione „e”, gdzieś między przecinkiem, znakiem zapytania, średnikiem – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 6 stycznia 2021

Budzę się w nowym 2021 roku. Otwieram oczy: Masz dwadzieścia pięć lat i dwadzieścia dziewięć zębów, trzy koszule i osiem skarpet, kilka książek, których nie czytasz, kilka płyt, których nie słuchasz. Nie masz ochoty przypomnieć sobie niczego: ani rodziny, ani studiów, ani swych miłości, przyjaciół, wakacji, planów. Podróżowałeś i nic nie przywiozłeś z tych podróży. Siedzisz i jedyne, na co chcesz jeszcze czekać, to na to, by na nic więcej już nie czekać: niech noc nadejdzie, niech wybiją godziny, niech dni odejdą, niech zatrą się wspomnienia. Jest tysiąc sposobów zabicia czasu, a żaden do siebie niepodobny, wszystkie warte siebie, tysiąc sposobów, by na nic nie czekać, tysiąc gier, które możesz wymyślić i natychmiast porzucić… Szczęśliwie czy nie, to nie ja, to narrator „Człowieka, który śpi” Georges’a Pereca, oddający się rozkoszom zobojętnienia.

Georges Perec urodził się w Paryżu 85 lat temu jako syn polskich Żydów z Lubelszczyzny. Pisarz. Spadkobierca Poego, Verne’a, Borgesa. Nowoczesny klasyk z poczuciem humoru na krawędzi rozpaczy. Prestidigitator słowa, pełen zuchwałej inwencji, gorzkiej wielkości, przygodnej atrakcyjności. Nadał formę nieobecności. Kiedy zmarł na raka płuc, mając niespełna 46 lat, okrzyknięto go „ostatnim prawdziwym wydarzeniem w historii powieści”. Twórczość zjawis­kowa. Jak z kosmosu. Może dlatego jeden z jego fanów, amerykański astronom Edward Bowell, odkrytą w roku jego śmierci planetoidę nazwał „2817 Perec”.

Teksty Pereca powstają wokół nieistniejącego centrum, wokół brakującej litery, wokół alfabetycznego więzienia. W 300-stronicowym lipogramie „Zamknięcie” (La Disparition), niemal sensacyjnej powieści, ani razu nie pojawia się litera „e”, jednocześnie fonetyczna głoska eux i słowo oni, określające rodziców Pereca. Tak szyfrował on poczucie ich traumatycznej utraty. Ojciec, ochotnik Legii Cudzoziemskiej, zginął w 1940 roku postrzelony w dniu zawieszenia broni, matka – w Auschwitz. „Dziura”, jak zauważa pisarz, tkwi już w biblijnym źródłosłowie jego nazwiska. Litera „e” to również swoista metafora grozy egzystencji i poniekąd zaniku samego autora, w słowach „Georges Perec” zostawia on puste miejsce dla czterech „e”: G org s P r c. Dziura?!…

A w radiu bal! Bal niczym z zaświatów. Śpiewa dawno zapomniana Mistinguett. Chyba tylko dlatego, że zmarła 5 stycznia 65 lat temu. Śpiewa swój legendarny hit „My Man”. Francuska aktorka i piosenkarka w swoim czasie była najlepiej opłacaną artystką estradową na świecie. Jej nogi ubezpieczono na pół miliona franków, co wtedy było ekstrawaganckim fenomenem. Podniecała tłumy, a zwłaszcza, co zrozumiałe, mężczyzn – w Casino de Paris, Folies Bergère, Moulin Rouge. To podniecanie – nazwane też magnetyzmem – stało się jej artystycznym credo. Zapewne dlatego Cocteau pisał o niej nieco mizoginistycznie, że należy do tej „rasy ludzkiej”, co to intelektowi nic nie zawdzięcza.

I ta archaiczna Mistinguett, jak gdyby nigdy nic, jak gdyby nic się nie zmieniło, nie stało, dalej kokietuje swym pocałunkiem. Wzdycha unisono: Pocałunek… On może być przecinkiem, znakiem zapytania, wykrzyknikiem. Oh, Kay! Nie przeczę, lecz ja wracam do „e” Pereca, a raczej do „W”, jak nazywa się utopijna wyspa z jego częściowo autobiograficznej powieści – „W albo wspomnienie z dzieciństwa”. To wyspa, której idealny ład, zamiast chronić przed niesprzyjającą rzeczywistością, prowokuje zagładę. Za oknem żywego ducha. – Szukam wieczności i ulotności jednocześnie – pisał ten, który nadał formę nieobecności. Jego opus magnum – „Życie instrukcja obsługi” to literacka akrobatyka poddana formalnym rygorom, wielowarstwowa, acz klarowna, napisana uwodzicielską prostotą języka. Skrzy się różnorodnością detalu losów mieszkańców jednego z paryskich domów, który jest kreacją całego świata zmierzającego do nieuchronnego kresu.

Patrzę na fotografię Pereca. Wygląda on jak kozio-brodata ikona sztubackiego imaginarium – a to przecież pisarz totalny, eksperymentator, także filmowiec, który za ekranizację swej powieści „Człowiek, który śpi” otrzymał Prix Jean Vigo. Był jednym z najważniejszych współczesnych twórców; także – spadochroniarz, bibliotekarz, archiwista w szpitalu. Sam siebie nazywał „użytkownikiem przestrzeni”, tą wielką dziurą, co pogłębia pustkę. Lecz swoją asteroidę ma, trafił między gwiazdy, skąd świeci zagubioną literą „e”.

– Paryż rodzaju męskiego to jakieś nieporozumienie. Paryż to kobieta – znowu ów głos Mistinguett. Paryż – kobietą? Czemu nie. Zamykam oczy. Mam sen. P r a w d z i w y. Rustykalne pomieszczenie. Półmrok. Długi drewniany stół, przy którym siedzę na jeszcze dłuższej ławie. Obok redaktor naczelny „Angory” Paweł Woldan oraz „konfederat” Janusz Korwin-Mikke. Coś złego dzieje się w kraju. Naradzamy się, dyskutujemy. W chwili uniesienia wysuwam kandydaturę mojego kota na prezydenta. Korwin-Mikke protestuje i na szefa państwa proponuje swojego psa. Wybucha karczemna awantura. Gwałtowna, gęsta, gorąca. Redaktor Woldan próbuje ją studzić. A kot? A pies? Znikają gdzieś w senno-koszmarnej Bułhakowo-Orwellowskiej d a l i. Nie! Nie postawię tutaj kropki. Postawię średnik. Voilà. Duży, dobrze odżywiony, średnik;

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także