Za blisko słońca, za daleko od ziemi – Paryski nie-co-dziennik

Za blisko słońca, za daleko od ziemi – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 14 lipca 2018




Tragiczna postać malarstwa. Cień Ikara czystością koloru porażony. Alchemik śmierci, który na granicy pustki harmonii poszukiwał. Po to regularnie opuszczał Paryż.

65 lat temu – w lipcu 1953 roku – odkrył światło Prowansji, gdzie przebywał do października 1954 roku. Temu okresowi jego twórczości poświęcono wystawę – „Nicolas de Staël w Prowansji” (Centre d’art Caumont w Aix-en-Provence).

Nicolas de Staël, syn generała (sam żołnierz Legii Cudzoziemskiej), urodził się 23 grudnia 1914 roku w Petersburgu. Rewolucja bolszewicka zmusiła rodzinę do ucieczki. Schronili się w Polsce. Gdy Nicolas miał 6 lat, umarł mu ojciec, a po roku matka. Wychowała go belgijska rodzina rosyjskiego pochodzenia. Od dzieciństwa do samobójczej śmierci w wieku 40 lat miał obsesję murów. W jednym z listów napisał, że cała jego sztuka jest rodzajem muru, w którego głębi wszystkie ptaki świata latają wolne. Nicolas nie widział dla siebie innej drogi prócz drążenia tego muru. Była to droga niebezpieczna, rozpięta nad śmiercią. Ważne były podróże: od tych uchodźczych, wykorzeniających, po twórcze i egzystencjalne. Podczas jednej z nich – trwającej dwa lata włóczędze po Maroku – poznał w Marrakeszu Jeannine Guillou, malarkę podróżującą z synem i mężem. Zauroczenie. Ona opuściła dla niego męża i oboje, przez Algierię i Włochy, przyjechali do Paryża. Zamieszkali przy rue Nollet 54. Żyli w nędzy. Malowali na prześcieradłach. Jeannine zachorowała. Umarła w wieku 37 lat. Po śmierci żony Nicolas poślubił guwernantkę jej syna, wynajął atelier przy ulicy Gauguet na Montparnassie, mieszczące się w wieży obronnej. Obsesja murów. Wysokie ściany wymalował na biało i na nowo zaczął tworzyć swój świat w sąsiedztwie atelier Braque’a, którego uważał za jednego z największych malarzy świata.

De Staël był poza wszelkimi artystycznymi ruchami, grupami, manifestami, był osobną planetą, dla którego świat to tylko wabik, pretekst do uprawiania sztuki. Wszedł w malarstwo jak w religię, by dotknąć tajemnicy czegoś, czego nie da się poznać. Mógł jedynie czynić gesty – magiczne, rytualne, destrukcyjne – wierząc, że panuje nad demonami wyobraźni. I tak robił. Rozwiązywał kwadraturę koła łączenia abstrakcji z figuratywnością, nie ulegając żadnej z nich. Szukał innej drogi. Z chropowatej faktury płótna wydobywał niknące ślady rzeczywistości, kontury butelek, kwiatów, cyprysów, aktów, dachów, ptaków, świątyń, morza, statków, chmur, nieba, horyzontów, elementów niknących w świetle otwartych przestrzeni. Na wystawie w Aix pokazano 71 obrazów i 26 rysunków spośród 254 obrazów i 300 rysunków, jakie powstały podczas jego pobytu w Prowansji. Okres prowansalski był przełomowym w jego twórczości, czyniąc go malarzem o międzynarodowej renomie. Osiągnął sukces artystyczny i finansowy. Wystawiał w Nowym Jorku w galerii Paula Rosenberga, marszanda Braque’a, Matisse’a i Picassa, który stał się też jego marszandem.

Zaczął malować duże formaty. Proste formy geometryczne wtapiał jedne w drugie dzięki tłustej, gęstej zaprawie nanoszonej nożem na płótno. – Moje malarstwo pod warstwą gwałtowności jest wrażliwe jak miłość; tona pasji i sto gramów cierpliwości. Pracował w bólu, pełen czułości, ale i gwałtowności. Bywał egzaltowany i depresyjny. Nie wahał się niszczyć swych obrazów. Powstawało dzieło pełne niepokoju, cierpkie, chropowate, aż pojawiły się olśniewające serie pejzaży. Pejzaż szczególny, ekspresja przestrzeni abstrakcyjnej i figuratywnej zarazem, tego, co widzialne i niewidzialne, bliskie i dalekie, skończone i nieskończone.

Prowansja stała się dla de Staëla laboratorium nowego pojmowania malarskiej materii. Znika motyw w czystości koloru i światła. Pejzaż staje się miejscem fizycznym i konceptualnym jednocześnie. Linia horyzontu fluktuuje, zanurza się niczym w głębokich planach delirycznej kobiecości. Czyżby tej Jeanne Polge, jaką malarz miłośnie się zauroczył podczas nieobecności żony, która wyjechała z dziećmi do Paryża? Doświadczenie uniesienia zakłócają czarne gamy gaszące światło kolorów. Wpisują się w schyłek, mrok, ciemność nieba, niebyt nocy. Nie, to jeszcze nie koniec. Artysta przeniósł się do Antibes, niedaleko Cannes, gdzie spędził ostatnie miesiące życia na gorączkowej pracy, malując 150 obrazów. Chciał sięgnąć niemożliwego, granic ekspresji, dotknąć pustki, gdzie przestrzeń, światło i czas się mieszają. Tydzień przed śmiercią pojechał do Paryża wysłuchać koncertów Schönberga i Weberna. Wrócił i zaczął malować swój „Koncert” – obraz o olbrzymim formacie 3,5 metra na 6 metrów, uwerturę do własnej śmierci. Czarny stylizowany fortepian przypomina płytę nagrobną, a kontrabas o okrągłych kształtach matczyne formy. To one przywołały malarza poza obsesyjny horyzont pustki. Spojrzał na zachodzące słońce i zrobił ostatni krok świadom, że pod stopami już nie ma ziemi, tylko światło i przestrzeń, i ta pustka z odrobiną czystego błękitu. Za blisko był słońca, a za daleko ziemi. Upadł jak Ikar, rzucając się z dachu pracowni. Morze jęknęło czerwienią, niebo pożółkło, plaża pękła fioletem. Zostało to… NIC, co wraca bielą złamaną na wierzchołkach fal.

Leszek Turkiewicz