Woda – Paryski nie-co-dziennik

Woda – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 9 września 2018




Oceany, rzeki, morza… Nasza planeta powinna nazywać się Globem Wodnym, bo znacznie jej więcej niż ziemi, a i my sami składamy się głównie z wody. To w jej pustych znakach bierze początek uwodzenie.

Uwodzi falującą przygodnością, potokiem wolności, dryfującym czasem, płynną przestrzenią, słowem – innym światem. Ale… koniec wakacji. Czas wracać do domu, do tych dalekich portów naszej najgłębszej nieświadomości.
Wakacyjne echo szumu wody jeszcze nie wybrzmiało, zwłaszcza kiedy się wpatrzyć w toń Sekwany; „toń” – co za dziwaczne słowo. Wcale nie chcę tonąć, przeciwnie, zwłaszcza tutaj, gdzie rzeka przez 13 km pod
37 mostami płynie ze wschodu na zachód kształtem kobiecej piersi, pieszcząc dwie wyspy w samym sercu miasta. „Rzuca nim fala, lecz nie tonie” (Fluctuat nec mergitur) – brzmi łacińska dewiza Paryża, zapewne przywołująca hart ducha kokietowanych nią mieszkańców. Wracają. Na lotniskach i dworcach tłoczno, na obwodnicy gęsto od samochodów. I w tym schyłku miejskiego lata kilka śladów wręcz obsesyjnego traktowania wody zostało – zarówno na sposób ziemski, jak i kosmiczny.
Cóż: cząsteczka wody to jedna z najpospolitszych substancji we Wszechświecie, trzecia najbardziej rozpowszechniona molekuła w ośrodku międzygwiezdnym po wodorze i tlenku węgla. Na planetach istnieją wielkie cytoplazmatyczne oceany, w których zachodzą niepojęte zjawiska, takie jak materializacja pamięci w postaci neutrinowych tworów czy jak procesy mimoidy albo symetriady według żargonu wiedzy zwanej solarystyką. Wciągnęły mnie te wodne wiry aż tak, że pomieszałem prawdę z fikcją, bo, rzecz jasna, tylko to pierwsze zdanie tego akapitu ma znamiona prawdy, drugie to science fiction. Ale jakie? i kogo? Samego mistrza Lema, którego „Solaris” przeniósł na scenę paryski teatr Belleville w adaptacji Rémi Prina. Francuz poszedł więc w ślady filmowców Andrieja Tarkowskiego i Stevena Soderbergha, mierząc się z bestsellerową powieścią Stanisława Lema.
Kosmiczne perypetie lemowskiego bohatera Krisa Kelvina z oceaniczną inteligencją przywołały ziemski casus innego obsesjonisty wody. Przyszedł on na świat jak wznosząca się fala pod numerem 45. paryskiej ulicy Laffitte, by po długim życiu opaść w małym Giverny nad stawem pełnym jego słynnych nenufarów. To Claude Monet malujący morza, rzeki, kanały, fiordy. Całe życie spędził blisko wody. Jego świat płynął. Édouard Manet nazywał go Rafaelem wody. Nikt nie malował jej tak jak on. Pod jego pędzlem stawała się ona zwierciadłem świata. Żywa, przejrzysta, barwna, przechodzi ze stanu płynnego w stały, z trwałego w nietrwały; zniewala mgły, opary, obłoki, daje światłu formę ulotnych refleksów. Ma wymiar symboliczny: oczyszcza, odradza, rodzi życie, panuje nad chao­sem. Francuski impresjonista niczym Tales z Miletu widział w niej Arché, podstawową zasadę rzeczywistości.
Ponadto u Moneta życie to świetliste wakacje, wieczna niedziela spędzana nad wodą: miasteczka z kościółkami, dywany polnych kwiatów, wysokie trawy, malownicze brzegi, tarasy, rzeki… Wszystkie jego dzieła są z podróży, które w atelier latami dopracowywał, przerabiał, zaczynał od nowa. Przemierzył wiele krain w poszukiwaniu nowych ujęć: łąki i mokradła Normandii, wybrzeża Riwiery i Bretanii, norweskie fiordy, wenecką lagunę, londyńskie mgły nad Tamizą. Te ostatnie pokazano w nadsekwańskim Petit Palais na wystawie – „Impresjoniści w Londynie”. Obok Moneta prezentowane są tam prace innych „wakacyjnych londyńczyków”, m.in. Pissarra, Sisleya, Deraina.




Aqua, l’eau, water… Ta woda tak mi uderzyła do głowy, że uparłem się raz jeszcze wejść do tej samej – postwakacyjnej – rzeki, na złość mędrcowi z Efezu, skądinąd miasta dawno pogrzebanego u ujścia innej rzeki (dziś „Mały Meander”) do Morza Egejskiego. Przedłużyć lato, wakacje, podróże… Najbliżej z Paryża do Normandii, zielonej krainy zwanej sadem Francji, gdzie ponad trzy miliony jabłoni rodzi rajski owoc przerabiany na rajski trunek: calvados, cydr, pommeau. Po ich degustacji łagodne wzgórza Normandii, opadające do morza urwiskami Alabastrowego Wybrzeża, zmieniają się w oazy boskich ogrodów. Jednym z najsłynniejszych jest ów ogród w Giverny, dzieło sztuki, które stworzył artysta ogrodnik, ów obsesjonista wody Monet. Urządził tam swoją najważniejszą pracownię o powierzchni hektara, w której przez 40 lat prowadził samotny dialog z wodą. Wstawał o 5 rano, zapalał pierwszego z dziennej porcji 40 papierosów i wychodził nad staw nenufarów. Ustawiał sztalugi pod jabłoniami, wśród pnących róż, maków, niezapominajek i malował swoje „nieskończone wszystko”.
Tam jadę. Siedzę przy oknie w pociągu. Za oknem znikają zabudowania, uciekają krajobrazy, wszystko się rozpada w bezkształtne plamy. Zostaje niebo błękitne. Pod nim pojawiają się zielone pastwiska, krowy, konie, owce. Monotonia… Powieki opadają, no i wakacje znikają. Koniec. Ale woda płynie dalej.