Trzynasty wykład – Paryski nie-co-dziennik

Trzynasty wykład – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 26 listopada 2019



Rozmowa z BENIAMINEM M. BUKOWSKIM, reżyserem teatralnym, dramaturgiem, filozofem

– W związku z pięćdziesiątą rocznicą śmierci Witolda Gombrowicza wystawia pan w Paryżu własną sztukę poświęconą ostatnim tygodniom życia pisarza w Vence, kiedy prowadził on domowe wykłady z filozofii dla poślubionej kilka miesięcy wcześniej Rity i wydawcy Dominika de Roux. Proszę przybliżyć to przedsięwzięcie.

– To zatem dwa przedsięwzięcia! Pierwsze, Gombrowiczowskie, stanowiące punkt wyjścia dla sztuki. A więc gra, w którą dał się wciągnąć pisarz, zorganizowana przez dwie bliskie mu osoby dla odciągnięcia go od uporczywego myślenia o własnym umieraniu. Gombrowicz miał przeprowadzić trzynaście wykładów z filozofii, uporządkowanych według nurtów i tematów. Przygotowywał się do tego zadania z wielką powagą, przeglądał swoje dawne zapiski i sporządzał nowe notatki. Zdążył z dwunastoma wykładami, nagranymi bez jego wiedzy przez Ritę i Dominika i dzięki temu ocalonymi dla czytelników. Przed ostatnim odczytem powstrzymała Gombrowicza śmierć.

I tu zaczyna się przedsięwzięcie drugie – nasze. Uzurpatorska fantazja na temat tego, czym mógłby być ten ostatni, trzynasty, wykład. Zdaje się, że nawet wobec naszych oczekiwań w stosunku do tego, jak wygląda kres wielkiego intelektualisty. Gombrowiczowi udało się zostać prześmiewcą: trzynasty wykład w naszym oczekiwaniu powinien być filozoficznym credo pisarza. Ale to credo nie zostaje wygłoszone. Dzięki temu powstaje jednak przestrzeń do spekulacji. Jak wyglądałoby skończone dzieło? Założyłem, że Gombrowicz opowiada w nim o jednym z najtrudniejszych dla filozofii tematów, a jednocześnie o tym, co jego samego zajmowało zawsze najbardziej: o pojęciu „ja”, o podmiocie.

Spektakl powstał z połączonej inicjatywy tłumaczki Agnieszki Zgieb, świetnego szwajcarskiego aktora Carla Brandta, z myślą o którym tekst został napisany, i mojej. Produkcję, w związku z niedawną rocznicą Gombrowiczowską, sfinansował Instytut Adama Mickiewicza odpowiedzialny za promocję polskiej kultury za granicą.

– „Jak aktor odgrywam jakąś fikcję samego siebie. Ja przekorny, ja upiorny, ja umęczony…” – napisał autor „Kosmosu”. Jakiego Gombrowicza chciałby pan pokazać francus­kiej publiczności?

– Gombrowicz u kresu swojego życia to człowiek schorowany, udręczony fizycznie i psychicznie, pozbawiony złudzeń. Właśnie w tym punkcie autor „Ferdydurke” dokonuje pewnych zaskakujących wolt ideologicznych. Zarazem pozostaje kimś trudnym do zaszufladkowania. Nieustannie prowokuje, lecz trzyma się z dala od życia literackiego. To w końcu Gombrowicz leżący na łożu śmierci i rozpaczliwie próbujący mówić. Słowa przychodzą mu trudno w dwójnasób: ma problemy z łapaniem oddechu, a jednocześnie prześladujące go poczucie, że to ostatnie chwile, w których może podjąć rozpaczliwą próbę dokopania się do sensów, do wysłowienia czegoś istotnego. Gombrowicz walczy więc o zachowanie i wysłowienie „ja”.

– Pisarz określał siebie mianem paryżofoba, przyjmując przewrotną strategię wroga Paryża po to, by w Paryżu zaistnieć. A pan jaką przyjmie strategię, by zdobyć paryską publiczność?

– Podobno dobry strateg nie ujawnia swoich planów! Powiem tylko tyle, że Carlo Brandt unika budowania tradycyjnie konstruowanej „roli”. Nie tyle wciela się w postać, co szuka osobistych związków z Gombrowiczem, bada swój stosunek jako aktora do bohatera, którego odgrywa, i do tekstu, który wypowiada ze sceny.

– Witold Gombrowicz – mistrz upupiania, gębowania, zrywania masek. Pan chce maski nakładać czy też zrywać?

– Przede wszystkim staram się zadać pytanie: czy da się w ogóle stwierdzić, co było pod maskami? Z wielu uwag Gombrowicza przeziera gorzka autorefleksja: cała jego drwina z formy jest jednocześnie formą. Wytwarzanie siebie to żmudny i okrutny proces, któremu pisarz poddał się z godną podziwu konsekwencją. Pytanie, czy ten skąd­inąd wyjątkowo teatralny zabieg służył jedynie myleniu odbiorców, wyszydzaniu krytyki i światka literackiego, czy był tak naprawdę znacznie bardziej tragicznym, osobistym aktem. Próbą zapełnienia egzystencjalnej pustki, jaka towarzyszy każdemu z nas w chwili, w której spoglądamy w lustro.

– Jest pan młodym człowiekiem, kim dla pana, dla pana twórczości, rozwoju artystycznego, duchowego, mentalnego jest postać i twórczość Gombrowicza? Jest pan też zawodowym filozofem, jak więc z tego punktu widzenia ocenia pan merytoryczną treść jego wykładów?

– Gombrowicz to figura antymistrza. Kogoś, kto w swojej przenikliwości, inteligencji i wyczuciu języka jest ciężki do naśladowania już choćby przez fakt, że on sam sprzeciwiał się programowo naśladownictwu, uznawaniu autorytetów. Za najbardziej filozoficzne z jego dzieł uznaję mimo wszystko dzienniki. Wykłady, które prowadził przed śmiercią, są dowodem na jego dogłębne zaznajomienie z historią myśli europejskiej, jednak poza kilkoma błyskotliwymi passusami to raczej rzetelny bryk niż oryginalne rozważania. Stąd apokryficzny, trzynasty wykład jest próbą „poprawienia” Gombrowicza. Wyrasta z przekonania, że jedynym rodzajem hołdu, jaki można złożyć człowiekowi nieuznającemu hołdów, jest akt ojcobójstwa.

– Powodzenia. Kiedy premiera?

– 28 listopada w teatralnej przestrzeni Le Regard du Cygne, w Paryżu 20.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także