Śniadanie na trawie

Śniadanie na trawie

Artykuł wprowadzono: 7 lipca 2018

Nie chodzi o legendarny obraz Edouarda Maneta, który sportretował grupę siedzącą na trawniku w Lasku Bulońskim. Nagą kobietę i dwóch ubranych od stóp do głów mężczyzn, z których jeden, imieniem Gustav, był bratem malarza. Rzecz jest w czym innym.

W owocach i potrawach przygotowanych na ten piknik. A zatem, co zabrać na wyprawę na zieloną trawkę, bo stroje to już doprawdy sprawa trzeciorzędna. Według gustu, w krawacie lub bez sukni, jak kto lubi.

Raczej nie należy się nastawiać na wymyślne potrawy, zwłaszcza na gorąco, skoro i tak jest gorąco, bo z nieba leje się żar. Kogo stać, może zabrać zimnego, niekoniecznie mrożonego, homara, a do tego pół tuzina limonek. I majonez własnej roboty. Ostra musztarda, najlepsza byłaby angielska albo z Dijon, ale bez ziarenek, starty na miazgę czosnek, nieco oliwy, posiekana zielona kolendra, do tego espelette i starty pieprz z Jamajki lub ten o niebywałym aromacie z Indonezji.




Jak homar, to duży i bardzo ostry nóż albo specjalne nożyce. Wolę tak zwany nóż mistrza, który znakomicie przekroi homara na połowę. Ale przecież do „śniadania na trawie” nie potrzeba aż takich wymyślności. Trzeba tylko pomyśleć, jak ożywić smakowo przygotowane przez nas „apero”, jak je nazywają Francuzi, czyli przygryzki. Bo jak jest ich bardzo liczne grono – przygryzek, nie Francuzów – wystarczy to za suty posiłek, chociaż zawsze można zabrać ze sobą przyrządzonego na portugalską modłę kurczaka. Taką połówkę rozcina się i rzuca na ruszt. Mocno przysmaża, a potem pędzelkiem nasącza olejem z bardzo ostrą papryką. Na zimno jest doskonały. Jeszcze tylko kilka kropli limonki i naszego majonezu. Do tego chrupiąca bagietka i białe wytrawne wino – zwykły Muscadet znad Loary i będzie pysznie.

Nie możemy zapomnieć o świeżych ziołach, których aromat zawsze znakomicie wzmocni i ożywi najbardziej nudne składniki naszego „apero”. Warto zabrać na piknik zamarynowaną doradę, której filety kroimy na maleńkie kawałeczki, a potem mieszamy z sokiem z cytryny, z czerwonym grejpfrutem, pomarańczą, owocami męczennicy pańskiej, a do tego posiekana kolendra (azjatycka) i łycha oliwy z pestek winogron. I niech się to marynuje przez pół godziny. Proponuję podawać z ostrymi w smaku kiełkami rzodkiewki. Szczypta soli morskiej i pieprzu. Białe wino do tego. Wytrawne – na przykład z Langwedocji. Francuzi bardzo lubią przejęte z kuchni iberyjskiej chorizo, czyli w ostrej wersji piekącą papryką kiełbaskę. Można ją podawać z jajkiem ubitym z odrobiną mleka. Taki omlecik z pikantną dokładką, a całość posypana świeżo posiekanym szczypiorkiem.

Na półmisku, na rozłożonym na trawie obrusie, doskonale będą się prezentować nabite na patyczki kuleczki z kurczaka, dokładnie zmiksowane z… krewetkami, kolendrą, pieprzem cayenne. Przed usmażeniem na patelni obficie „utoczone” w białym i czarnym sezamie. Do pieczenia można dodać nieco sosu ostrygowego z azjatyckiego sklepu.

To samo „apero” możemy też przyrządzić na modłę kuchni indyjskiej – w sosie tandori czy madras z dużą ilością rozbitego w moździerzu kardamonu. Wreszcie krewetki podsmażone na oleju sezamowym i podane z kawałkami pomarańczy, moreli, jeżyn. A wszystko to zalane agar-agar, fantastycznym żelem z morskich alg – tak umiłowanym przez azjatycką kuchnię. I białe toskańskie Pinot Grigio, wino wytrawne o tysiącu aromatów.

Marek Brzeziński